Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Marek Miller – Od kiedy Kapuściński zaczął pisać inaczej i co się stało?

Ryszard Kapuściński – Trzeba zacząć od tego, dlaczego w ogóle postanowiłem pisać książki. Bo wracałem po wyjeździe i czułem, że nie powiedziałem tego, co bym chciał naprawdę powiedzieć, ponieważ typ pisania agencyjnego jest szalonym zubożeniem rzeczywistości. W związku z tym pomyślałem sobie, że muszę zrobić coś innego. Ale żeby coś innego zrobić, musiałem zdefiniować sobie pojęcie faktu. Co jest faktem? Bo my ciągle mówimy o literaturze faktu, ale nie definiujemy samego pojęcia faktu. Dla dziennikarza istnieje pojęcie faktu politycznego, bo korespondent obserwuje jakieś wydarzenie i relacjonuje je. Ale istnieje rodzaj faktu, który nie wchodzi do normalnego opisu dziennikarskiego: klimat, nastrój, wrażenie ulicy, temperatura społeczeństwa; jak wygląda kraj, jak wygląda to niebo, pod którym dzieje to wszystko? Bo to wszystko składa się na rzeczywistość, w której istniejemy. I Kiedy wracałem do Polski, miałem poczucie, że tego wszystkiego w moim pisaniu nie ma. Wiedziałem, że jestem świadkiem wydarzeń, które mogą rozstrzygać o dalszych losach ludzkości na pokolenia, na wieki. I że to, co piszę w tych kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu depeszach, jest szalenie ubogie. To tylko wąziutki wycinek, który nie oddaje całej głębi, całej potęgi wydarzeń, całego dramatyzmu, całej tej wielkiej epopei ludzkości, na jaką patrzę. I dlatego dawało mi to coraz większe poczucie niezaspokojenia i rosnącą potrzebę powiedzenia czegoś ponad to, czego wymaga ode mnie moja agencja, mój zawód. Dlatego wracałem z coraz większym przekonaniem, że muszę się zastanowić, czy ja opowiadam o faktach. Tak, opowiadam. Ale co jest faktem? Kiedy piszę, że prezydent Togo złożył wizytę prezydentowi Kenii czy prezydentowi Nigerii, to jest fakt. Ale czy to jest cały fakt? Przecież temu towarzyszy niesłychanie kolorowa atmosfera, dzieje się z tej okazji mnóstwo rzeczy. Przecież trzeba również o tym opowiedzieć, a to się nie mieści w depeszy. Zacząłem wtedy po powrocie do Polski siadać i pisać swoje książki. Tych tekstów nikt ode mnie nie wymagał. To nie było w ramach umowy czy jakiegokolwiek obowiązku. To są rzeczy wynikające z mojego poczucia niezadowolenia, z mojego poczucia niespełnienia, z mojego poczucia niewywiązywania się z głębokiego obowiązku, bo uważałem, że mam taki wobec swoich czytelników. Pomyślałem wówczas, że definicja dziennikarskiego faktu – ta tradycyjna – jest strasznie uboga, bo mamy w dziennikarstwie dwie szkoły. Jest szkoła anglosaska, szkoła dziennikarstwa faktu bardzo ścisłego. I jest szkoła dziennikarstwa europejskiego, bardziej osobistego, wychodzącego poza nagi fakt. Amerykanie nazywają to ??portel journalism. I chodzi o to, żeby teraz połączyć te dwie szkoły: wychodząc z doświadczenia faktu, z przeżywania faktu, z obserwacji faktu, pokazać go przez pryzmat osobowości piszącego. Świat to jest też atmosfera, klimat, to są nastroje. Plotka też jest faktem. Jak ludzie mówią dużo, to znaczy, że coś w tym jest, bo to może wyrażać fakt a rebour, jakiś niepokój, odzwierciedlać znerwicowanie społeczeństwa. Jednym słowem wszystko jest faktem. I jest tylko kwestią, co selekcjonujemy, co wybieramy, żeby oddać ten bogaty, skomplikowany, złożony obraz świata, jakiego jesteśmy świadkami.

Dla mnie ważna jest scena w ,,Szachinszachu”, o której często pisali krytycy na Zachodzie. Opisuję, jak tworzy się tłum, jak tworzy się milionowa manifestacja. Ja to widziałem na własne oczy. Szedł sobie człowiek ulicą w Teheranie i zaczął śpiewać, i śpiewał pieśń religijną, bo tam panuje islam i to jeszcze islam ortodoksyjny. W pewnym momencie dzieci dołączyły do niego i zaczęły śpiewać, a za tymi dziećmi jeszcze kobiety i zaczęli dołączać się kolejni ludzie. Po godzinie główną ulicą Teheranu szedł milionowy tłum i śpiewał. Ja to widziałem na własne oczy. Wiele osób zastanawiało się, jak to wymyśliłem. Pamiętam również inną scenę. Mieszkałem w mieście strasznego terroru, w Kampali. Można było oszaleć, bo człowiek nie wiedział, czy przeżyje do następnego dnia. Żeby się bronić psychologicznie, żeby przeżyć, żeby przetrwać, postanowiłem zorganizować wigilię. To była wigilia 24 grudnia 1977 roku. Miałem puste mieszkanie miejscowego boya z Tanzanii, imieniem Leo, postanowiłem sprosić ludzi, ale nie było nic do jedzenia. Miałem jeszcze trochę benzyny, więc pojechałem na targ. Znajdował się on tuż nad jeziorem Wiktorii. Czasami rybacy sprzedawali tu ryby. Pojechałem na ten targ, patrzę, że nic na nim nie ma, tylko trochę ludzi się kręci. W pewnym momencie gromada dzieci nadciąga od strony jeziora z dzielnicy Kampali. Te dzieci krzyczą i coś śpiewają. Wspaniały tłum śpiewających dzieci. Wsłuchuję się, co one śpiewają, a one wznoszą okrzyk w języku suahili. Wołają: „samaki” – co oznacza – złapali rybę. I nadjeżdża stara ciężarówka, a z tej ciężarówki rybacy zwalają ogromną, gigantyczną rybę. Zbiera się tłum. Wszyscy się strasznie cieszymy, że będzie ryba. Ci rybacy wyciągają rybę na stół i widzimy, że jest to olbrzymi, mięsożerny sum. W pewnym momencie zapada cisza, wszyscy myślimy, że będziemy się cieszyć, ale w pewnym momencie zaczynamy sobie uświadamiać, skąd ten sum jest taki wielki, taki gruby, taki tłusty. Tam, gdzie złapano rybę, wojsko Amina wrzucało codziennie trupy. I my uprzytamniamy sobie, że ta ryba nażarta jest mięsem naszych braci, naszych sióstr, i zapada straszna cisza. Ci rybacy mają przystąpić do ćwiartowania tej potwornej ryby, tego gigantycznego monstrum i w tym momencie nadjeżdża wojskowa ciężarówka – Libijczycy, wojsko Amina. Oni przyjeżdżają, bo widzą tłum i widzą rybę, która miała być naszym jedynym pożywieniem. Zabierają nam tę rybę na swoją ciężarówkę, a z ciężarówki wyrzucają na ten stół trupa. Trupa młodego człowieka, którego gdzieś po drodze zabili. Oni odjeżdżają, a my stoimy. I leży przed nami trup człowieka. I to jest to, co oni nam zostawili na wigilię. Dla mnie to już jest wszystko. Ja nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. Bo jak najczęściej wyglądają zagraniczne reportaże? Opisują, jaka była sytuacja ekonomiczna, a jakie były partie polityczne, a jaki był układ, a że był kryzys w rządzie, że potem był zamach stanu, że wojsko, że manifestacje… To wszystko jest powiedziane tysiące razy. Co mnie zawsze fascynowało, to odstawanie literatury i nauki od świata. Dla mnie było to zdumiewające. Uczestniczyłem w wielkich wydarzeniach świata w drugiej połowie XX wieku. Ja tam nigdy nie spotkałem żadnego pisarza, żadnego socjologa, psychologa, żadnego malarza. Przecież ta cała literatura, malarstwo, nauka społeczna, to wszystko istniało poza, to wszystko istniało poza życiem. Raptem Zachód zwrócił uwagę, że to moje pisanie jest inne. I ja się z tego cieszę, o to mi chodzi. I tak chcę pisać, żeby to naprawdę nie pasowało do żadnej tradycyjnej formuły. To co chcę robić, to chcę stworzyć nowy gatunek literacki, nowy gatunek pisarski. Właściwie nie literacki, nie dziennikarski, ale nowe pisarstwo, w którym podstawą jest doświadczanie własnego życia, świadome doświadczanie. Podkreślam to słowo „świadome”, bo gdy na przykład ktoś w czasie drugiej wojny światowej znalazł się w partyzantce, to jego motywacją było pójść walczyć za ojczyznę. Potem napisał o tym wspomnienia. Nie chodzi mi o takie pisanie. Doświadczanie, przeżywanie świadome, to zupełnie inny typ doświadczenia.

Możliwość komentowania jest wyłączona.