Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Katarzyna Sołowiej: Poligon sztuk wyzwolonych

Kiedyś stacjonowały tutaj kieleckie oddziały ZOMO i Milicji Obywatelskiej. Po transformacji, w roku 1990, funkcjonariusze zdjęli mundury, odpięli odznaki, a opuszczone budynki przy ulicy Zbożowej zaczęły popadać w ruinę.

Tam, gdzie stało ZOMO

Najpierw wszystko pokryła gruba warstwa kurzu. Ktoś – może szczęśliwy naród świętujący zwycięstwo nad komunizmem, a może bezdomni szukający suchego miejsca na nocleg – powybijał okna. Mróz skruszył ściany. Z dziurawego dachu spłynęła woda i zalała podłogi. W takim właśnie stanie w 2005 roku odebrali budynki założyciele Bazy Zbożowej – artyści, czciciele sztuk wszelakich, wyznawcy procesu tworzenia. Sami połatali dziury i odmalowali ściany, własnymi rękami doprowadzili ruinę do stanu używalności. I tak w warsztatach samochodowych ZOMO powstały warsztaty artystyczne. – Jesteśmy federacją stowarzyszeń i fundacji, a nie instytucją. Dlatego miasto nie daje nam ani złotówki na działalność artystyczną, ale utrzymuje ten budynek, płaci za ochronę, prąd, wszystkie media. A w zamian za to nasza działalność jest bezpłatna – tłumaczy Anna Kantyka-Grela, matka Bazy Zbożowej i guru teatru Ecce Homo działającego na jej terenie.

Słowo „bezpłatna” budzi w ludziach sporo podejrzeń i mieszane uczucia. Kiedy już spadnie poziom adrenaliny, podszyta niepewnością radość staje się po prostu pełnym niedowierzaniem. „Jak to, za darmo?”, „Coś tu śmierdzi”, „To podstęp”, „Towar jest felerny”, „Może coś gdzieś dopisali drobnym druczkiem”, „Gdzieś musi być gwiazdka” – to tylko niektóre z myśli kołaczących się w głowach podejrzliwych.

Drzwi dla każdego

Baza Zbożowa nie jest towarem felernym ani pułapką założoną na chodzących z głowami w chmurach adeptów sztuki. Wysokie, szare wnętrza są otwarte dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. W dzień i w nocy w wietrznych halach dudnią dźwięki dochodzące z Sali Prób, świątyni młodych zespołów muzycznych, których w Bazie hałasuje na zmianę aż czterdzieści. Od głoszących miłość rastamanów po punkowców-anarchistów – wszyscy karnie dostosowują się do układanego raz na miesiąc grafiku, wyznaczającego godziny użytkowania sprzętu. Bo Baza oferuje przyszłym wirtuozom nie tylko miejsce do grania, ale i instrumenty, przynajmniej niektóre. – Wreszcie mamy gdzie grać – cieszy się Kuba, założyciel zespołu reggae-rockowego o roboczej nazwie Ssij Dreda. – Za wynajem takiej sali w jakimś prywatnym ośrodku musielibyśmy zapłacić około czterdziestu złotych za godzinę, a przecież jesteśmy uczniami gimnazjum, nikt z nas nie zarabia. A tutaj mamy gdzie ćwiczyć bez sięgania do kieszeni rodziców – mówi.

Muzyków w Bazie Zbożowej jest najwięcej, ale są też i kochankowie innych muz. – Jest Teatr Ecce Homo, i drugi teatr Fundacji Teatralno-Muzycznej – wylicza Anna Kantyka. – Jest pracownia znanego ceramika Marka Cecuły, w której odbywają się warsztaty ceramiczne, są plastycy, fotograficy, dziennikarze.

Nie samą sztuką żyje człowiek

W Bazie zawiązał się również „wątek sportowy”: od października do marca pod Zbożowym dachem szybują rowerzyści, deskorolkowcy i rolkowcy, którzy przestronne wnętrza zaadaptowali na zimowy skatepark. W tym roku na dużej hali powstała również ścianka wspinaczkowa, Mount Everest kieleckich alpinistów. W murach Bazy częstokroć goszczą też modelarze, pasjonaci zdalnie sterowanych samochodów, a także karatecy i rycerze z historycznych grup rekonstrukcyjnych. Całą tę wielobarwną hałastrę Anna Kantyka definiuje krótko: – Desperaci. Desperaci, którzy kochają to, co robią.

Zbożowi artyści mogą oddawać się sztuce kiedy chcą, jak chcą i z kim chcą, bo Baza jest miejscem gwarantującym pełną niezależność. – My nie tworzymy programów, nie szkicujemy planów i nie wytyczamy kierunków. Każdy tutaj ma swój indywidualny pomysł na rozwój – zastrzega Anna Kantyka-Grela.

Jak Manufaktura, tylko lepiej

Takie idealistyczne podejście, realizowane praktycznie, wywiera na odwiedzających Bazę artystach ogromne wrażenie. Dziwią się, że w ogóle istnieje miejsce, które działa w podobny sposób. – Baza była porównywana do Manufaktury czy Fabryki Trzciny – przyznaje Anna Kantyka. – Ale to już są miejsca komercyjne. Tam młodzi ludzie nie mogą tak po prostu wejść i zacząć grać o trzeciej w nocy. Baza jest jedynym miejscem w Polsce, które stwarza warunki do pracy twórczej w warunkach zupełnej niezależności.

Wszystko dzięki temu, że udało się jej zaistnieć poza opiekuńczym płaszczem państwowych instytucji, z dala od głębokich kieszeni prywatnych sponsorów. Forma federacji zapewnia korzystającym ze Zbożowych dobrodziejstw wolność sumienia i tworzenia. Niestety dla administratorów Bazy wiąże się to również z chronicznym brakiem gotówki. – Finansowanie stowarzyszeń odbywa się tylko na drodze konkursu – mówi Anna Kantyka-Grela. – Czasem jest tak, że ktoś chciałby nam przyznać jakieś pieniądze, ale nie ma jak tego zrobić.

Być może w postawieniu Bazy na nogi pomoże otwarty niedawno klub muzyczny Kotłownia, najbardziej ekskluzywne miejsce na Zbożowej. Kotłownia to dziecko znanego polskiego jazzmana Włodka „Kiniora” Kiniorskiego. Na otwarciu lokalu zatrąbił Tomasz Stańko, później koncert dał białoruski duet Gurzuf. Na scenie molestował też gitarę Anthimos Apostolis, a struny głosowe nadwyrężał Czesław Mozil. – Występ Czesława wypadł dosyć spontanicznie. Mozil pojawił się na otwarciu Kotłowni i uznał, że mało jest w Polsce takich miejsc: typowo klubowych, dobrych akustycznie przestrzeni muzycznych – opowiada Anna Kantyka. – Po koncercie zadzwonił do Włodka Kiniorskiego, że chce zagrać. I zagrał.

(Bez)cenne poświęcenie

Występy artystów „z zewnątrz” to jedyne wydarzenia, na których można spodziewać się opłaty za wstęp. Wszystkie stowarzyszenia Zbożowe dają się eksploatować bez ograniczeń. Tak jak Teatr Ecce Homo, który odkąd swoją siedzibę ma w Bazie, wystawia spektakle za darmo. – To była kwestia podjęcia przeze mnie życiowego wyboru. W jakimś sensie się poświęcam, skazuję siebie i swoją rodzinę na życie nie na najwyższym poziomie, ale za to mam poczucie robienia czegoś fajnego, czegoś wartościowego – mówi Anna Kantyka. – Praca z ludźmi, którzy mają tyle pasji, tyle energii i chęci, daje ogromną satysfakcję. Poza tym sztuka jest zaborcza, ciężko od niej odejść. Znałam takich, którzy postanawiali: pora zacząć żyć normalnie. Zawsze potem wracali i mówili, że to jednak wegetacja. Że sztuka daje pewien rodzaj namiętności, który pozwala żyć.

Miłość do sztuki nie wyklucza jednak pragmatyzmu. W pracy, która ociera się o wolontariat, najważniejsza jest wytrwałość i stalowe nerwy. Szczególnie, że przeszkody pod nogami mnożą się szybko. – Trzy razy startowaliśmy o dotacje z Unii i trzy razy zostaliśmy odrzuceni. Wydaje mi się, że ludzie nie wierzą w przyszłość takich miejsc. Jest też brak zrozumienia, bo ciężko pojąć, z czym musimy się tu zmagać, jeśli ktoś nigdy nie miał do czynienia z podobną partyzantką, nigdy nie uprawiał takiej działalności poligonowej – mówi pani Anna. – Właśnie dlatego tak ważne jest, żeby Baza pozostała w rękach pasjonatów, poza władzą instytucji. Ci, którzy tworzą kulturę instytucjonalną, nie przychodzą tutaj. Baza jest dla nich pewnego rodzaju kosmosem, czymś brzydkim, obskurnym, garażowym, czego nie warto dotykać – dodaje.

Baza kosmosem może nie jest, ale czasoprzestrzeń się tu w jakiś niewytłumaczalny sposób zakrzywia. Położona z daleka od centrum, otoczona zielenią, stanowi portal do innego świata. Gdyby były tu zegary, na pewno tykałyby wolniej; przynajmniej tak można przypuszczać, bo niczego, czym można by mierzyć czas, w magazynach nie ma. – Chcieliśmy kiedyś kupić zegar do garderoby – opowiada Anna Kantyka. – Ale potem zrezygnowaliśmy. Po co? To jest fantastyczne, że człowiek przychodzi tutaj, wychodzi po dwunastu godzinach i nie wie, kiedy ten czas minął. Tutaj to, co za bramą, przestaje istnieć. Życie rządzi się innymi prawami.

Możliwość komentowania jest wyłączona.