Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Katarzyna Sołowiej: Nie(do)tykalni

W kieszeniach mamy iPhony i iPady, w uszach słuchawki, w torbach laptopy i tablety, a nazwiska znajomych kojarzymy głównie ze zdjęciami na Facebooku. Doczekaliśmy się ery homo communicans, tylko kulawa jakaś ta komunikacja, i ten homo też kulawy. W sieci nigdy offline, a w życiu ciągle off-track.

Deficyt bliskości daje się współczesnym coraz bardziej we znaki. A przecież największy mieszczuch skrycie pragnie dotyku innego, niż ten w zatłoczonym autobusie, chociaż na co dzień unika go jak umowy-zlecenie i korków w godzinie szczytu. Na szczęście dla Polaków żyjących w wirtualnej rzeczywistości w naszym kraju pojawiły się niedawno cuddle parties, czyli wieczorki przytulankowe, gdzie wpuszczają nawet najbardziej krwiożerczych kapitalistów. Idąc na podobną imprezę należy się wygodnie ubrać, opróżnić kieszenie z wszelkich nielegalnych substancji i zapomnieć, kim jest się na co dzień, a może przypomnieć sobie, kim się jest przede wszystkim: człowiekiem. – Znajdujesz się w bezpiecznej przestrzeni, gdzie ty decydujesz o tym, co chcesz robić i jak bardzo chcesz się angażować – mówi Jan Szeliga, który podobne spotkania organizował i sam brał w nich udział. – Możesz tylko obserwować, ale możesz również wchodzić w relacje z innymi: rozmawiać, przytulać, głaskać, trzymać za ręce, masować kark. Możesz dołączyć się do większej grupy, możesz znaleźć sobie jednego partnera. Zasady są dwie: żadnych podtekstów seksualnych i wyraźna zgoda drugiej osoby.

Spotkania trwają około trzech godzin i rozpoczynają się od nauki trudnej sztuki mówienia „nie”. – Boimy się nie tylko odrzucenia, ale również odmawiania innym – mówi Estera Saraswati, moderatorka cuddle parties. – Przez to wielu z nas popada w skrajności: albo nie ustanawia żadnych granic, albo buduje wokół siebie mur. Wieczory przytulankowe to warsztat uczący, jak znaleźć złoty środek: z jednej strony nie uciekać od bliskości, a z drugiej nie przekraczać własnej granicy komfortu.

Na pomysł organizowania cuddle parties wpadli Marcia Baczynski i Reid Mihalko, amerykańscy specjaliści od relacji międzyludzkich (ang. relationship coaches). „Flanelowa rewolucja” rozpoczęła się w lutym 2004 roku w Nowym Jorku i miała być odpowiedzą na szerzącą się „touch-fobię”, czyli unikanie fizycznego kontaktu z innymi. Przecież to dotyk buduje najsilniejsze więzi emocjonalne i społeczne: wzmaga produkcję oksytocyny, czyli hormonu miłości, która redukuje stres i nakłada na nos różowe okulary. – Boimy się dotyku i musimy te lęki przełamywać od podstaw, żeby na nowo otworzyć się na czułość – mówi Estera Saraswati. – W naszej kulturze jest miejsce tylko na dotyk dla dziecka, dorośli natomiast ograniczają się praktycznie tylko do dotyku seksualnego. To za mało.

W Polsce pierwsze cuddle party miało miejsce w maju zeszłego roku w Warszawie. Prowadził je Andrew Barnes, seksuolog i terapeuta z dalekiej Australii, sprowadzony do Polski właśnie przez Esterę Saraswati. Od tamtej pory podobnych inicjatyw tylko przybywa. Cuddling uprawiają i studenci, i emerytowane babcie. Kobiet przytula się trochę więcej, podobno łatwiej też nawiązują ze sobą kontakt. Najgorzej, gdy trafi się grupa złożona z samych mężczyzn, którzy przed wzajemnymi uściskami mają większe opory. – Na początku wszyscy są trochę spięci – mówi Szeliga. – Muszą poczuć się bezpiecznie i otworzyć. Pokonać granice, które narzuciła nam kultura i wychowanie. Jednym przychodzi to łatwiej, inni angażują się dopiero po kilku spotkaniach.

Już one-night-cuddle może mieć pozytywny wpływ na przytulanego. Wydaje się, że przytulanie się z obcymi musi być sztuczne i niekomfortowe, ale w rzeczywistości świadomość, że zawsze można odwrócić się i uciec gdzie pieprz rośnie, sprawia, że łatwiej się otworzyć. – Myślę, że to dobra inicjatywa, która może pomóc przełamać się i zbliżyć do drugiego człowieka – mówi seksuolog Monika Łukasiewicz. – Coraz więcej jest osób samotnych, które bardzo potrzebują dotyku. Trzeba tylko pamiętać, że biorąc udział w takiej sesji zgadzamy się na przekraczanie swojej strefy intymnej, a pomimo zasady braku kontekstu seksualnego, ten kontekst zawsze może się pojawić bez naszej wiedzy i zgody.

Osobom, którym kontakt seksualny w takiej sytuacji nie przeszkadza, mogą udać na playparty: zasady są mniej więcej te same, tylko uczestnicy mniej ubrani. Playparty to moderowane spotkanie grupy przyjaciół (oraz krewnych i znajomych królika), którzy nie tylko umieją powiedzieć „nie”, ale również chętniej mówią „tak”. – To jest niesamowite przeżycie, być nagim w grupie nagich osób i czuć się zupełnie naturalnie i niewinnie, jak dziecko, które po plaży biega bez ubrania – mówi Estera Saraswati. – Nikt się nikomu nie przygląda, nie ocenia, nagość nie wzbudza niezdrowego podniecenia ani sensacji. W tej imprezie nie chodzi tylko o seks, chociaż ten jest dopuszczany; bardziej liczy się bliskość, szczerość, brak tabu i wstydu własnego ciała i emocji.

W pakiecie z seksem czy bez, przytulanie ułatwia życie, a na pewno sprawia, że wydaje się ono piękniejsze. Krótko mówiąc: gdyby bohaterowie Trudnych Spraw częściej padali sobie w ramiona, producenci musieliby zmienić nazwę. 

Możliwość komentowania jest wyłączona.