Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Miejsce… Michał Amielańczyk

 

Miejsce, gdzie jest ciepło

28 grudnia, kwadrans po jedenastej. Przed klasztorem kapucynów na Miodowej jak zwykle tłoczno – z tą różnicą, że zebrani przed wejściem posłusznie stoją w karnym wężyku, nie brak wśród nich kobiet i dzieci, a stroje zgromadzonych nie przypominają „szmat” wydartych opiece społecznej. Stałych bywalców tutejszej jadłodajni dla bezdomnych zastępuje coroczna pielgrzymka odwiedzających najsłynniejszą warszawską szopkę bożonarodzeniową.

Z mieszczącego ją pomieszczenia wychodzi modnie ubrana młoda kobieta z może dziesięcioletnią dziewczynką u boku. Pytam o wrażenia. -O, szopka jest wspaniała! Całe szczęście, że ciągle istnieje! Rodzice przyprowadzali mnie tu, gdy byłam mała, teraz sama mogę pokazać ją córce! Hania kocha warszawskie szopki! – mówi, wskazując wyraźnie znudzoną latorośl. – Szopka wytłumaczy dziecku istotę Bożego Narodzenia dużo lepiej, niż nudne kazanie w kościele! – ekscytuje się. Pytam, na czym polega ta istota. Patrzy na mnie osłupiała, w końcu pyta, czy robię sobie jaja i, nie czekając na odpowiedź, odchodzi, ciągnąc za sobą protestujące dziecko. Sztyletowany spojrzeniami lepiej rozumiejącego istotę świąt tłumu staję w kolejce do wejścia.

Jezus malusieńki i dinozaury

W środku jest dużo przyjemniej. Nad głowami stłoczonych ludzi rozbrzmiewają kolędy, na stoliku przy wejściu wdzięczy się armia ręcznie wykonanych aniołów („cegiełka” dla należących do zakonu misjonarzy), nieopodal trzej panowie składają sobie spóźnione życzenia. Do szopki przybieżały wielopokoleniowe nieraz rodziny, wśród zgromadzonych widać też sporo młodych małżeństw. Tu i ówdzie widać jakby nieco zagubionych w tłumie bezdomnych. Z wejścia do kuchni bacznie obserwuje sytuację jeden z prowadzących jadłodajnię braci mniejszych kapucynów.

Docieram do barierki, wreszcie mogę przyjrzeć się szopce w całej okazałości. W kierunku zwieńczonej napisem „Gloria in Excelsis Deo” konstrukcji co i rusz wystrzeliwują palce widzów, pokazujących sobie co ciekawsze jej elementy, słychać pstrykanie aparatów i zduszone złorzeczenia („wyszło poruszone!”). Szopka imponuje rozmiarami – zajmuje całą szerokość tylnej ściany jadłodajni i wznosi się na kilku poziomach. Wiele jej elementów jest ruchomych, w kierunku żłobka i Świętej Rodziny nieustannie podąża korowód barwnych postaci – od spieszonych trzech króli po dosiadającego konia stosownie wąsatego Józefa Piłsudskiego. Pojawia się św. Franciszek z ubogimi, galopuje na zakutym w stal rumaku husarz w pełnej zbroi, kroczą muzykanci w krakowskich strojach.

Po prawej piętrzy się ściśle „warszawski” fragment szopki. Ponad kartonowymi murami Zamku Królewskiego wznosi się kolumna Zygmunta, nieopodal widnieją figurki małych powstańców – motyw Powstania Warszawskiego towarzyszy szopce od pięciu lat, kiedy to również na ścianach jadłodajni pojawiły się nawiązujące do tego wydarzenia malowidła.

Dwójka siedmioletnich na oko chłopców po kilku nieudanych próbach z sukcesem wspina się na barierkę. Ich zdumione okrzyki zwracają moją uwagę na niżej umieszczoną, dość egzotyczną część dekoracji – bracia kapucyni znaleźli w szopce miejsce dla skrytych wśród liści słoni i nosorożców, zaś w niewielkim jeziorku pływają pokaźnych rozmiarów rybki akwariowe. Wznosząca się nad nimi trasa z plastikowymi ciężarówkami i regularnie kursującym pociągiem towarowym przywodzi na myśl park rozrywki – zwłaszcza, jeśli zerknąć jeszcze niżej, gdzie w pobliżu niewielkiego wodospadu umieszczono… gumowe dinozaury.

Zwykłe przesłanie niezwykłej szopki

Zaskakująca nieraz zawartość szopki pochodzi często od ludzi z zewnątrz. -Jeśli coś zostanie przyniesione i da się to wkomponować w szopkę, to zostaje. Przez kilkanaście lat mieliśmy tu podarowany przez kogoś piękny, drewniany młyn. Teraz są choćby pochodzące od dzieciaków samochodziki, dinozaury i figury egzotycznych ptaków. – mówi brat Jarosław, opiekun szopki od połowy lat dziewięćdziesiątych. -Co do zasady jednak idea naszej szopki nie różni się od tego, co pokazywały pierwsze szopki św. Franciszka – chodzi w niej o to, by uobecnić tajemnicę Bożego Narodzenia, tu i teraz. Elementem tej właśnie idei jest umiejscowienie historii kościoła w historii konkretnej – narodu i miasta. – opowiada. Z roku 1966 mają się wywodzić figury trzech króli, nawiązujące do chrztu Polski. W okresie karnawału „Solidarności” obok Świętej Rodziny szopka gościła m.in. podobiznę Lecha Wałęsy. Parę lat temu pojawiło się symboliczne nawiązanie do trwającej wówczas dyskusji nt. ochrony życia nienarodzonego.

W tym roku szopka wzbogaciła się o figurę papieża Jana Pawła II, umieszczonego w sąsiedztwie wyobrażeń św. Franciszka i św. Pawła. -Co roku ma miejsce spotkanie całej wspólnoty domowej, podczas którego przełożony pyta braci o pomysły, które z ważnych wydarzeń ostatnich czasów warto uwiecznić w szopce. Po jakimś czasie spotykamy się ponownie i decydujemy. W tym roku wszyscy byli za wkomponowaniem motywu beatyfikacji Jana Pawła II.

W 2010 roku wśród dekoracji znalazło się skrzydło samolotu z polską szachownicą. Kiedy po katastrofie smoleńskiej podobny motyw pojawił się na ołtarzu w jednym z polskich kościołów, mówiono o tym wiele i często bardzo negatywnie. -U nas nie było żadnych ostrych reakcji z zewnątrz, to był delikatny akcent. Ale i tak nie wolno odrywać rzeczywistości życia religijnego od życia codziennego. Albo się wierzy, albo nie – jeżeli wierzę, to przenosi się to na całe moje życie i odnosi się do całej rzeczywistości. A wmawia się nam, że powinno się to zamknąć w murach – w kościele jestem wierzący, a zaraz potem idę do pracy i zachowuję się jak niewierzący – kradnę, oszukuję, gnębię innych.

-Co roku odwiedza nas 60 tys. ludzi, jeśli nie więcej – dwa lata temu liczyliśmy to dla samych siebie, ale bazowaliśmy tylko na okresie od połowy stycznia, gdy jest mniej wizytujących. Wciąż przychodzą przede wszystkim dzieci, ale wyraźnie widzę różnice – na początku lat 90-tych rzeczywiście były tu tłumy dzieci, natomiast teraz momentami więcej jest ludzi starszych. Nie musi się to wiązać z tym, że dzieci szopka mniej interesuje. Mamy niż demograficzny, i chyba to bardziej wpływa – w latach 80-tych był wyż. Choć fakt, w przypadku pięciolatków zależy to od rodziców, tego czym dzieci w domu przesiąkają. Rodzic weźmie dziecko na spacer i oprowadzi po szopkach, to dziecko będzie zadowolone – ale jeśli woli posadzić przed komputerem, by mieć święty spokój… – brat Jarosław wzrusza ramionami. Zaraz jednak dodaje: -Na szczęście Warszawa ma to do siebie, że w okresie świątecznym dużo ludzi tradycyjnie wychodzi na spacery i odwiedza szopki. Nie wiem, czy inne miasta to mają – tu jest starówka ze skupiskiem sześciu kościołów, dzięki czemu ludziom łatwo się przejść i szopki zobaczyć.

Ponad sześćdziesiąt lat

Szopka po raz pierwszy zagościła w klasztorze w roku 1948, jeszcze przed zakończeniem odbudowy zniszczonego podczas wojny klasztoru. – Wykonano ją z tego, co akurat było dostępne, głównie z drewna. Założone wówczas dwa silniki elektryczne i układ wózków, do których w latach sześćdziesiątych dołożono dodatkowe pasy ciągowe, służą do obsługi ruchomych elementów szopki i dziś. Mechanizm nigdy nie został wymieniony, poddajemy go jedynie konserwacji – opowiada brat Jarosław, opiekujący się szopką od połowy lat dziewięćdziesiątych.

– Od dawna chcemy szopkę zmodernizować, ale to póki co zbyt kosztowne przedsięwzięcie – myślę, że wyniosłoby nas minimum 200 tys. złotych. Konieczna byłaby wymiana wszystkich mechanizmów i oparcie szopki o współczesne, lżejsze materiały. By wyrobić się z inwestycją pomiędzy Świętami, potrzeba by całego sztabu ludzi – zwłaszcza, że składając szopkę z powrotem trzeba mieć pewność, że zostanie zachowana jej charakterystyczna atmosfera. W przeciwnym razie stracilibyśmy pewną ciągłość pokoleniową – wielu ludzi przychodzi tu i przyprowadza dzieci dlatego, że pamięta szopkę z dzieciństwa.

Bracia kapucyni niewiele potrafią powiedzieć o dziejach szopki. – Nigdy nie prowadzono jej bezpośredniej kroniki, wiele elementów jej historii znika wraz z braćmi, którzy odchodzą do Pana. – mówi brat Jarosław. Jak zauważa, dzieje szopki doskonale znał pan Władysław, jej wieloletni konserwator. – Był z zawodu stolarzem, zatrudnił się u nas po przejściu na emeryturę w 1979 roku i przychodził pomagać do samego końca – a dożył dziewięćdziesiątki. Pomagał w klasztorze, naprawiał, przygotował pięknie zdobione drzwi. To był człowiek szlachetny i pracowity, całkowicie oddany – i swojemu zawodowi, i wspólnocie, z którą się związał. – wspomina brat Gabriel Bartoszewski. Niestety, pan Władysław zmarł dwa lata temu – i nikt nie zwrócił się do niego o pomoc w odtworzeniu dziejów szopki.

Jednym z niewielu udokumentowanych zdarzeń związanych z szopką była próba jej podpalenia w latach osiemdziesiątych. – Ktoś w nocy wrzucił przez zewnętrzne okno, od strony kościoła, jakiś płonący przedmiot. Na całe szczęście mur ma w tym miejscu półtora metra, a między oknem zewnętrznym a wewnętrznym była krata, i na niej się to coś zatrzymało, dzięki czemu skończyło się tylko na dużej ilości dymu. – mówi brat. Zapytany o możliwość zainspirowania tego zdarzenia przez władze, zaprzecza. – To raczej czysty wandalizm, prosta złośliwość. Wśród bezdomnych często są ludzie z kryminalną przeszłością.

Szopka bezdomnych

Do zagrożenia pożarem doszło także kilka lat temu. -Trafił się nam bezdomny, który tak się wycwanił, że po kryjomu w szopce zamieszkał. Kupa rzeczy po nim została – któregoś razu, gdy uruchomiono mechanizm, okazało się, że coś nie działa – okazało się, że to jego pościel i płaszcz wkręciły się w tryby. Co gorsza, on przez cały czas palił tam papierosy – opowiada brat Adam Zwierz. -Tak to jest. Bezdomni traktują szopkę jako miejsce, gdzie jest ciepło. Są ławki po bokach i mamy zasadę – jeżeli gość nie jest pijany i nie robi bałaganu, może spokojnie posiedzieć.

Brat Adam nie ma złudzeń, co do „korzyści” jakie bezdomni czerpią z obecności szopki i zainteresowania, jakim się cieszy. -To dla nich dobry biznes. Z reguły stoją „na wędkę”, żebrząc przed klasztorem, ale w zeszłym roku było ciekawiej – pewien pan przyszedł sobie z krzesełkiem, usiadł na środku sali, wyciągnął pojemnik i rozpoczął biznes prywatny. Był dziabnięty, gdy go wyprowadzaliśmy, trochę się rzucał. Podobnego zdania jest brat Jarosław. Zapytany, czy szopka ma jakikolwiek wpływ na religijność bezdomnych, wzrusza tylko ramionami. -Nie, to jest dla nich dodatkowe miejsce, gdzie mogą sobie posiedzieć. Szopka z zasady jest skierowana do ludzi wierzących, a jeśli bezdomny ma problemy z wiarą, szopka tu nie pomoże.

Szopka pozwala także istnieć działającej przy klasztorze jadłodajni. -Nie ma co ukrywać, szopka to też ofiary, i są to duże pieniądze. Z jednej strony traktujemy to pobożnościowo, ale mamy też biznesowe podejście – zbieramy pieniądze na utrzymanie kuchni o ogrzewanie, liczymy też, że uda się coś odłożyć na wiosnę, by wykonać projekt architektoniczny osobnego budynku na jadłodajnię. – opowiada brat Adam. -Jadłodajnia ma dzięki szopce możliwość, by się zaprezentować – jej nikt nigdy oglądać nie przychodzi, ale odwiedzając szopkę jest do tego okazja. Dla wielu ludzi informacja, że w pomieszczeniu, w którym się znajdują, na co dzień mieści się jadłodajnia dla ubogich, to zaskoczenie. – mówi brat Jarosław.

Żywią i bronią

Przygotowania do ustawienia szopki rozpoczynają się w listopadzie. W tym czasie jadłodajnia nadal działa – dopiero po uroczystej kolacji wigilijnej przenosi się ją do wnętrza klasztoru, salę z szopką pozostawiając do zwiedzania. Umiejscowione przy ul. Kapucyńskiej wejście do klasztoru jest od strony ul. Miodowej niewidoczne – gdy przy Miodowej tłoczą się chętni do oglądania szopki, dalece inny tłum gromadzi się u drzwi po drugiej stronie zabudowań. -Przychodzi do nas około 150-160 osób, w weekendy jest 200 z hakiem. Zimą zmienia się styl ludzi, których gościmy. Pojawia się więcej „zadbanych” bezdomnych – tych, którzy od wiosny do jesieni mogą dorabiać na wsi np. przy owocach i warzywach i pozostają na zewnątrz. Zimą tego nie mają, zjeżdżają więc do Warszawy – zwłaszcza, że zimą większość noclegowni i schronisk jest otwarta, przyjmują bez większych oporów. Sami też przeprowadzamy mniej restrykcyjną kontrolę – gdy jest poniżej minus pięciu, wpuszczamy do siebie każdego, cokolwiek by sobą reprezentował – nasza zupa jest dla tych ludzi często jedynym posiłkiem w ciągu dnia. Nieraz wpuszczałem pijanego, bojąc się, że w przeciwnym wypadku po chwili zbierałbym go na dole schodów. Inna rzecz, że ci, którzy zimą zamarzają, to właśnie ci, którzy są po pijaku. Sytuacje, gdy ktoś nie ma gdzie się schronić, a jest trzeźwy – to się prawie nie zdarza. Bo Warszawa zapewnia wszystko – czy chcesz zjeść, czy spać, umyć się czy coś wyprać – to wszystko jest.

Oprócz ciepłego posiłku jadłodajnia oferuje także innego rodzaju pomoc. -W poniedziałki i czwartki mamy ciuchland, czyli wydawanie odzieży. Organizujemy go z tego, co dostajemy od ludzi, bezdomni mogą wziąć jednorazowo trzy rzeczy. Niestety, wiadomo jak to jest – męski płaszcz czy buty w rozmiarze 45 to zimą marzenie.

-Pomagamy też chłopakom znaleźć pracę – już samo to, że pracują w pomieszczeniu, w którym jest ciepło, jest super, nawet za marne pieniądze. Ostatnio udało się jednemu – gość dostawał 30 zł dniówki, ale miał dach nad głową i jedzenie, dla niego to był szczyt marzeń. Ale nie zawsze jest tak różowo – różnie bywa np. z pracodawcami – niby pomagają, a w praktyce zależy im po prostu na taniej sile roboczej. To takie kołchozy dla bezdomnych. Albo w drugą stronę, sami zatrudnieni nie umieją sobie poradzić. – mówi brat Adam. -Sam widziałeś, mamy tu Wiesia na furcie, pije trzeci dzień. Pracuje jako ochroniarz. Pytanie tylko, kiedy go wyrzucą – bo jeszcze go kierownik nie złapał, jeszcze mu się udaje. Przychodzi wypłata, gość nie wie co zrobić. Jeśli nie weźmie sobie jakiejś terapii, nie poukłada sobie w głowie, to dać mu pracę i mieszkanie kompletnie nie wystarcza. – mówi brat Adam. Rzeczywiście, gdy zmierzałem do klasztornej rozmównicy, z klasztoru wybiegł zataczający się, klnący mężczyzna. Przeklinał zakonników za odmowę wpuszczenia do jadłodajni.

-Mamy też spotkania terapeutyczne i liturgiczne. Ciężko bezdomnych do tego namówić, ale bierzemy ich, przyznaję, podstępem – kawą i ciastkami. Jest pół godziny na najedzenie się – potem zamykamy, i część zostaje w środku, na spotkaniu. Musieliśmy tak zrobić, bo nagle wpadały bandy młodych, kradły jedzenie i uciekały. A na spotkaniu mamy mniej więcej stałą grupę kilkudziesięciu bezdomnych. Jakaś połowa z nich mówi, wszyscy słuchają. Bywa zabawnie – wielu ma problemy ze słuchem, więc co i rusz się przekrzykują, żądają, by mówić głośniej itd. Gdy któryś mówi o Bogu, o tym co dzieje się u niego w życiu, to nawet gdy reszta nie potrafi, to widać, że takie słowa trafiają. Lepiej działa, gdy sami między sobą rozmawiają, niż gdy gadam ja czy ksiądz.

Brat Adam przyznaje, że z bezdomnymi, zwłaszcza zimą, bywają problemy. -Trafiają się jednostki, co tu dużo mówić, chorzy psychicznie. Albo choćby i normalni, którzy napiją się, i przestawia im się w głowach – jest więcej nowych twarzy, ludzi, którzy nie umieją się przystosować. Mieliśmy ostatnio gościa, który udawał, że chce wstąpić do zakonu, a chciał się po prostu na zimę zabukować. Przez jakieś dwa tygodnie przychodził na spotkania, ale szybko wyszło, że najpierw musi poukładać sobie życie w świecie, by się tu nadawać.

Pan Zygmunt z Żyrardowa

Na koniec rozmowy zostałem zaproszony na wspólny obiad z bezdomnymi. Choć początkowo miałem pewne obawy, zgodziłem się, i następnego dnia stałem już w kolejce razem z szaro-buro-siną grupą bezdomnych i ubogich. Brat Adam stoi przed bramą i kontroluje przepływ karnych szeregów. Ktoś próbuje się awanturować, krzyczy, że powinien załapać się na tę turę. Mimo groźby odesłania na koniec kolejki, nie przestaje wyrażać dosadnych opinii o bracie Adamie. Ten, wciąż spokojny, prosi pozostałych w kolejce mężczyzn o zajęcie się „Albercikiem”. „Chłopakom” nie trzeba długo powtarzać – biorą kolegę pod ramiona i, wierzgającego, odprowadzają. Słyszę jeszcze jak przeklinają – „nie świruj, bucu, przez ciebie żaden nie wejdzie”. Po chwili z powrotem znajdują się na swoich miejscach, a Albercik zataczając się wygraża wszystkim dookoła.

Miejsce, gdzie jest ciepło

27 stycznia, dochodzi czternasta. Wychodzę z klasztornej rozmównicy po spotkaniu z jednym z braci i decyduję jeszcze raz odwiedzić szopkę – z końcem stycznia zniknie na dziesięć miesięcy. Wewnątrz kolędy dobiegające z zachrypniętego głośnika przypominają o ubiegłorocznych już świętach, przed rozświetloną konstrukcją stoi może z dziesięć osób. Słychać jedynie szuranie butów, oglądający szeptem komentują poszczególne fragmenty, sam ze zdziwieniem zauważam przeoczoną wcześniej figurę Stefana Starzyńskiego maszerującego ramię w ramię z powstańcami pod kolumną Zygmunta. Po chwili zmierzam do wyjścia, jednak lodowaty podmuch zmusza mnie do zatrzymania się w progu i poprawienia szalika. Stojąc tam, obserwuję dwóch skulonych mężczyzn dopalających przed drzwiami papierosy. Słyszę: -Wojtek, ten p…ony mróz ma być jeszcze gorszy. K…, podobno w piątek będzie minus trzydzieści! Wojtek nic nie odpowiada, odrzuca jedynie spaloną do filtra resztkę papierosa, chwyta pękatą, poprzecieraną torbę z logiem Biedronki i kulejąc wchodzi do środka. Jego kolega chwiejnie wkracza za nim.

Dobrze, że jest szopka.

Michał Amielańczyk

Dokumentalistyka, I rok

Możliwość komentowania jest wyłączona.