Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Ania Kiedrzynek rozmawia z p. Katarzyną Michalak

 

Oddech, cisza, stukanie obcasów

Reportaż radiowy w Polsce to prawda o człowieku i magia dźwięku. To także kolekcja zagranicznych nagród, uznanie, prestiż. Cierpliwie szlifowane podczas montażu opowieści często pokazują więcej niż atakujące zewsząd kolorowe obrazy. O tym, w jaki sposób wsłuchiwanie się w intymne ludzkie światy dało Polakom posłuch w wielkim świecie i dlaczego w kraju ten rodzaj dziennikarstwa nadal skazany jest na niszowość, opowiada wybitna dziennikarka i reporterka – Katarzyna Michalak.

Anna Kiedrzynek: Nie znam nikogo, kto byłby zainteresowany dziennikarstwem i jednocześnie nie wiedział nic na temat dokonań wielkich polskich reporterów literackich – Hanny Krall lub Ryszarda Kapuścińskiego. Czy zatem chcąc przybliżyć większej liczbie osób tajniki mniej popularnego reportażu radiowego, można wykorzystać terminy podobne do tych, jakimi posługujemy się, opisując literaturę faktu?

Skończyłam polonistykę i wiem, jak bardzo przydaje mi się w pracy wiedza o literaturze, znajomość teorii literatury. W dziedzinie reportażu radiowego też funkcjonują takie terminy jak narracja czy konstrukcja dramaturgiczna oraz składające się na nią ekspozycja, rozwinięcie tematu, punkt kulminacyjny… Jednocześnie przydają nam się pojęcia z dziedziny muzyki – kompozycja, rytm, tempo. I tutaj dotykamy istoty tego gatunku, który trudno jest opisać. Nikt jeszcze w Polsce nie wydał kompendium wiedzy na temat reportażu radiowego, w którym znalazłoby się omówienie wszystkich jego składowych. Bo reportaż jest gatunkiem na styku literatury, muzyki, a nawet filmu. Jest to gatunek synkretyczny.

Filmowość” reportażu także dotyczy dramaturgii?

I budowania obrazów. Tworzenia ich w wyobraźni słuchacza.

Wielu reporterów, pytanych o szczególne cechy przedstawiciela tego zawodu, jako jedną z najważniejszych wymienia spostrzegawczość. Jaką rolę cecha ta pełni w Pani zawodzie, biorąc pod uwagę to, że efekt jaki otrzymuje słuchacz, odwołuje się w pierwszej kolejności do zmysłu słuchu?

Nigdy nie zastanawiałam się akurat nad spostrzegawczością. Wydaje mi się, że bardziej jest ona potrzebna osobom piszącym, które rzadko nagrywają, a muszą jak najwięcej zapamiętać. Kapuściński był w ogóle przeciwnikiem nagrywania, uważał, że mikrofon jest intruzem, który zakłóca intymną relację wytworzoną między bohaterem a dziennikarzem. Nie pamiętam, czy on sam czy jakiś inny wielki reporter opowiadał, że w czasie spotkania, gdy nagromadzenie informacji jest ogromne, on oddala się w jakieś ustronne miejsce, idzie nawet do toalety, i tam zapisuje szybko to, co udało mu się zauważyć, usłyszeć. Natomiast my mamy nagranie. I dopiero na tym etapie pracy, gdy słuchamy, analizujemy, możemy wyłapać rzeczy, które umknęły naszej uwadze podczas rozmowy. To są czasem słowa-klucze, słowa-metafory, słowa-obrazy.

 

Spostrzegawczość kojarzy mi się z umiejętnością dostrzeżenia jak największej ilości szczegółów. I to jest ważne w opisie rzeczywistości. W reportażu radiowym najważniejsza jest dla mnie prawda bohatera, to, jak on się przede mną otwiera, jak opowiada. Temperatura między nami musi być wysoka, bo to przekłada się potem na brzmienie. Więc może raczej nie spostrzegawczość jest cechą pożądaną, co umiejętność wtopienia się w atmosferę spotkania, „wejścia” w drugiego człowieka. Jeśli zanurzymy się w czyjejś historii, w tym, kto ją opowiada, to wiele zobaczymy – ale nie wiem czy to jest to samo co spostrzegawczość.

 

W jednym z wywiadów mówiła Pani o tym, że tematów należy „szukać uszami”. Nie każdą historię da się bowiem opowiedzieć dźwiękiem. W jaki sposób wyczuwa Pani, który temat będzie dobrze brzmiał w radiu?

 

Na pewno po tych paru ładnych latach pracy podpowiada mi to intuicja. Cóż, gdyby się postarać, wszystko dałoby się opowiedzieć w radiu – można przecież być narratorem w audycji i relacjonować

 

historię zapamiętaną, ale nie nagraną. Ale żeby to pięknie brzmiało, żeby było nie do przełożenia na język pisany, trzeba zrobić właśnie to, o czym już wspominałam – „otworzyć” bohatera tak, aby nie grał przed nami ani przed słuchaczem, nie zakładał maski i nie udawał kogoś, kim nie jest. Rozmówca, z którym nawiążemy autentyczną relację, brzmi niesamowicie prawdziwie. Wtedy słuchacz wie, że jest to osoba, która opowiada mu o rzeczach ważnych, której przytrafiło się coś niezwykłego i od której można się czegoś dowiedzieć, nauczyć. Poza tym słowu, opowieści, towarzyszą różne efekty akustyczne. To, jaką muzykę wybiorę, ile ciszy zostawię w audycji, to, że pozwolę mojemu bohaterowi się zastanowić, westchnąć, pociągnąć nosem, otrzeć łzę – to wszystko też jest brzmieniem historii. Nie tylko nagrywamy monologi, ale też często towarzyszymy bohaterom w różnych sytuacjach. Tak powstają sceny. Podczas nagrywania reportażu o małżeństwie dwojga niepełnosprawnych, gdzie on jest niewidomy, a ona na wózku, podglądałam ich życie, słuchałam, jak kłócą się podczas zakupów lub próbują dostać się do swoich miejsc w teatrze. Trzeba mieć pomysł, jak opowiedzieć historię środkami radiowymi. My, reporterzy radiowi, skupiamy się na czymś innym niż piszący: dla nas treść kryje się nie tylko w słowie, ale też w odgłosach sklepu, kłótni, w westchnieniu osoby, która opowiada o sprawach dla niej trudnych. Szukamy treści pozawerbalnej, która jest w brzmieniu, a niekiedy także i w ciszy.

 

Często zdarza się, że osoby, które najpierw zgodziły się opowiedzieć Pani swoją historię, wycofują się na widok sprzętu do nagrywania, mikrofonu?

 

Czasem się wycofują, a czasem po prostu odmawiają i wtedy w ogóle nie dochodzi do nagrania. A jeśli już do niego dojdzie, to zdarza się, że moi rozmówcy nie chcą o czymś opowiadać i słyszę wtedy: „ale o tym nie chcę mówić”. Często zostawiam w reportażu te słowa, bo one same w sobie są informacją o tym, jak ważna bądź intymna jest kwestia, której dotykamy. Niekiedy też zmieniam pomysł na nagranie, bo wiem, że ktoś nie jest w stanie o czymś opowiadać i wtedy muszę to zrelacjonować swoim głosem albo za pomocą głosów innych ludzi.

 

Co jest dla Pani najtrudniejsze w trakcie tworzenia reportażu?

 

Na przykład pierwsze spotkanie, towarzysząca mu trema. Czasem już umawiając się na rozmowę przez telefon, słyszę, czy jest to osoba ciepła, otwarta, czy raczej zimny urzędnik, który będzie wyjaśniał mi prawne zawiłości. Nie wiem czy na szczęście, czy na nieszczęście, ale jestem osobą nieśmiałą, to się nie zmieniło przez te wszystkie lata i przed każdym spotkaniem mam zwyczajną tremę. Ale czy to jest trudność? To jest raczej taka wielka niewiadoma, niepewność jak się potoczy spotkanie, czy mnie nie wyrzucą (śmiech) . To się jeszcze nie zdarzyło, ale przecież może być tak, że ktoś kompletnie nie zrozumie moich intencji. Jednak gdy już jestem na miejscu, te obawy pryskają, pozostaje mi już tylko być z tą drugą osobą, pokazać, jak ważna jest dla mnie jej historia, jak bardzo potrzebne jest to, aby mogli ją usłyszeć inni ludzie. Przyjmuję raczej postawę ucznia niż dziennikarza atakującego, z tupetem, który potrafi przerwać rozmówcy i na niego nakrzyczeć. Tacy dziennikarze też przecież są.

 

Ale nie zajmują się chyba reportażem radiowym?

 

Zdziwiłaby się Pani… Słyszałam czasem takie „surowce” początkujących reporterów, w których wypowiedź bohatera przerywa nagłe: „no dobra, to teraz przejdźmy do następnego pytania” albo „to jeszcze mi pan powie to i to. Proszę włączyć silnik, nagramy, no i do widzenia”. To nie rozmowa, tylko wydawanie rozkazów.

 

Jak wygląda praca nad nagranym już materiałem? Czy montaż jest „gorszym”, mniej przyjemnym jej etapem?

 

W pracy nad reportażem wszystko jest tak ściśle ze sobą połączone, że trudno porównywać nagrywanie i późniejszy montaż. Na pewno ten ostatni wymaga więcej trudu, potu, łez, bo poszczególne elementy nie chcą się czasem złożyć, a gdy już utworzą całość, to okazuje się ona przeciętna. I gdy przestawimy jedno zdanie na początek, nagle wszystko się zmienia. Jest to więc taki twórczy trud, podobny do tego, jaki doświadcza pisarz pracujący nad jednym zdaniem cały dzień. Trud, ale przyjemny.

 

Niejednokrotnie po sukcesie reportażu „Niebieski płaszczyk” (Prix Italia 2006) wspominała Pani w swoich wypowiedziach o szczególnej roli realizatora dźwięku, Artura Giordano. Na czym ona polegała?

 

Kiedy materiał już jest nagrany, zmontowany, kiedy poukładane są wszystkie sceny i kiedy wybrana jest muzyka, przychodzi czas na „dopieszczenie” brzmienia. I na tym właśnie polega zadanie realizatora dźwięku. On czuwa nad płynnością przejść – jeżeli po scenie w sklepie następuje monolog, on podkłada szum sklepu pod akustykę pokoju, w którym bohater siedzi i opowiada dalszy ciąg historii. Realizator pilnuje tego, żeby muzyka weszła w odpowiednim ułamku sekundy i w odpowiednim ułamku sekundy się skończyła. On sprawia, że każdy dźwięk jest wyraźny, dzięki czemu słuchacz może wychwycić nie tylko słowa, ale także oddechy czy stukanie obcasów. Poza umiejętnościami typowo technicznymi, dobry realizator jest również kimś w rodzaju reżysera dźwięku: doradza, czy w danym momencie należy puścić muzykę czy może zostawić trochę ciszy i pozwolić wybrzmieć słowom bohatera. Autor ma zatem kontrolę nad tym, jak historia ma się toczyć, co ma być zawiązaniem akcji, jej kulminacją oraz rozwiązaniem; realizator wygładza ostateczne brzmienie historii.

 

I przy każdym reportażu współpracuje Pani z realizatorem?

 

Prawie przy każdym. Czasem realizuję sama, bo każdy z reporterów posiada podstawowe umiejętności techniczne, ale nie byłam w tym szkolona i dlatego wolę zaufać realizatorowi. Jeśli natomiast reportaż jest bardziej „codzienny” i wiem, że nie powędruje gdzieś dalej, to wtedy staram się jak najlepiej zrobić to samodzielnie.

 

Redakcja Reportażu Radia Lublin, z którą jest Pani związana, należy do światowej czołówki. Co jest Pani zdaniem w polskich reportażach takiego, co czyni je wyjątkowymi na tle dokonań radiowców z Europy i zza Oceanu? Czy można mówić o zjawisku polskiej szkoły reportażu radiowego?

 

Trudno jest oceniać coś, do czego nie ma się dystansu. Widzę jednak, jak wiele się zmieniło w polskim reportażu, ile uczymy się od naszych zagranicznych kolegów dzięki temu, że po 1989 roku pojawiła się możliwość wyjazdów, uczestniczenia w międzynarodowych projektach… Tutaj muszę wyjaśnić, że środowisko radiowców jest niezwykle zintegrowane, nastawione na to, by się spotykać, wymieniać poglądy, wzajemnie inspirować. Takich spotkań jest kilka w ciągu roku. I na każdym pojawia się ktoś z lubelskiej redakcji. Jednym z ważniejszych wydarzeń jest powołana przez Europejską Unię Nadawców w 2002 r. Szkoła Mistrzów Radiowego Dokumentu, do której startować mogą młodzi twórcy z całego świata. Ja brałam udział w pierwszej edycji. Teraz myślę, że bardzo zyskaliśmy na tym otwarciu się na świat w ostatnich latach – głównie jeśli chodzi o stronę techniczną.

 

Bo w polskim reportażu nigdy nie brakowało tematów. Żyjemy w kraju, w którym ciągle dzieje się coś ciekawego. Człowiek uwikłany jest w wielką historię, co widoczne jest zwłaszcza teraz, w dobie transformacji. Z tego powodu za granicą zazdroszczą nam tematów. Jednak do początku lat 90. postrzegano nas także jako Kopciuszka technicznego. I to się teraz zmienia, na tym polega wzbogacenie polskiego reportażu: fantastyczne tematy są przekładane na język radia, możliwości realizacyjne zaczynają wreszcie dorównywać bogactwu merytorycznemu. Stąd, jak myślę, pojawiły się głosy mówiące o złotym okresie dla polskiego reportażu radiowego, w którym następuje połączenie starej szkoły, gdzie największym walorem jest ciekawy, mocny temat społeczny oraz najnowszych tendencji do eksperymentowania, szukania sposobów artystycznego wyrazu. Czy to już jest polska szkoła reportażu? Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na ile jesteśmy oryginalni. Wiem, że okres od końca lat 90 jest pasmem niesamowitych nagród i osiągnięć. To na pewno o czymś świadczy, ale ja nie potrafię tego scharakteryzować. Zbyt dużo jest w tym świecie osobowości, indywidualnych stylów, żeby możliwa była synteza.

 

A czy dostrzega Pani jakieś cechy charakterystyczne zagranicznych „szkół reporterskich”?

 

Widzę na przykład, że Skandynawowie są w reportażu, podobnie zresztą jak w kinie, bardzo skupieni na psychice bohatera. Zwyczajne historie – o poszukiwaniu miłości, zdradzie, ludzkich tęsknotach za kimś, kogo nie ma – są niesamowicie głębokie psychologicznie. Tam nie ma przelewania krwi, strajków, walki o krzyż… Jest to bardziej literatura psychologiczna niż reportaż. Wolne tempo, cisza, słyszalny w głosie cały wachlarz uczuć. Skandynawowie mają genialny sprzęt, niezwykle zaawansowany technicznie. Nagrywają seks i odchodzenie z tego świata. Duńczycy, na prośbę kolegi, radiowca umierającego na raka, zrobili reportaż o ostatnich chwilach życia. Ciarki człowieka przechodzą, gdy tego słucha i gdy zaczyna się zastanawiać czy takie rzeczy można w ogóle jeszcze nagrywać; czy to już jest przekroczenie granicy etyki czy po prostu wejście w głąb człowieka. Jestem, przyznaję, zafascynowana szkołą skandynawską, ale ponieważ żyję tu i teraz, staram się żeby w moich historiach było szersze tło – społeczne, historyczne. W Polsce zresztą trudno byłoby tego uniknąć.

 

Niemcy z kolei mają taki styl, że prawie wszystko nagrywają w studiu. I zazdroszczą nam, że potrafimy zrobić reportaż z dźwięków oryginalnych.

 

To oni zapraszają ludzi do studia i tam z nimi rozmawiają?

 

Czasem tak, a czasem ponagrywają trochę scen, resztę wydarzeń opiszą tak jak dziennikarze prasowi i te opisy dają potem do czytania aktorom. Nie tylko opisy zresztą, ale nawet i zanotowane wcześniej wypowiedzi bohaterów. Ale nadal jest to dokument. Na przykład wspaniały reportaż o młodocianych prostytutkach Jensa Jarischa. Nagrania oryginalne w tym czterdziestoparominutowym reportażu stanowią na pewno mniej niż połowę. Reszta jest wypreparowana w studiu. Sama główna bohaterka, która trzyma tę opowieść w ryzach, to jest rola napisana i czytana przez aktorkę. Nie wiemy, jak ta postać ma na imię. Ona w pewnym sensie reprezentuje te wszystkie młode dziewczyny. Dopowiada za nie, wtrąca się czasem w oryginalne, nagrane wypowiedzi. Zgadza się, to jest eksperymentowanie. Chodzi o prawdę o świecie – to jakimi środkami się ją uzyska, zależy wyłącznie od wyobraźni twórcy.

 

W Polsce reportaż radiowy jest nieodłącznie związany z radiem publicznym. Jak to wygląda za granicą? Czy istnieją ambitne stacje komercyjne promujące ten rodzaj dziennikarstwa?

 

Na imprezach, w których ja uczestniczę, spotykają się przede wszystkim twórcy z radia publicznego albo niezależni producenci usiłujący sprzedać swój produkt różnym rozgłośniom. Nie mam pojęcia, czy radia komercyjne za granicą emitują reportaże. Wiem natomiast, że my próbujemy o to zabiegać, bo w Polsce pozycja rozgłośni komercyjnych jest bardzo silna. Sytuacja na Zachodzie jest zupełnie inna, bo tam wielkie radiofonie typu BBC mają ogromną słuchalność i emitowane na ich antenie reportaże docierają do dużej grupy ludzi. W Polsce jako taką słuchalnością mogą poszczycić się co najwyżej „Jedynka” lub „Trójka”. Radia regionalne – a to w nich, jeśli chodzi o reportaż, dzieje się najwięcej – znajdują się w o wiele gorszej sytuacji. Stąd naturalne wśród reporterów pragnienie wejścia na antenę ambitnych stacji komercyjnych, takich jak TOK FM. Jednak teraz nie to jest dla nas najważniejsze. Reportaż musi wyjść poza radio, pojawić się na płytach CD, stać się dostępny w księgarniach, empikach. Żyć życiem pozaemisyjnym. To jest sposób ocalenia najciekawszych produkcji, dotarcia z nimi do słuchacza.

 

Polskie Radio wydaje słuchowiska na płytach CD.

 

Tak, i fikcja ma się pod tym względem zdecydowanie lepiej od dokumentu. Odpowiedzialne za fakt Studio Reportażu i Dokumentu wciąż ma jeszcze spore pole do popisu. Trudno oczekiwać, żeby nagle zjawił się bajecznie bogaty sponsor i wyłożył pieniądze na wydanie antologii polskiego reportażu. Musimy sami wymyślić projekt, pozyskać fundusze, dogadać się z ewentualnym wydawcą. Wiadomo, że to nie będzie dochodowe przedsięwzięcie, bo głównym jego celem jest co najwyżej wzbogacenie oferty kulturalnej. A każdy wydawca chce zarobić. Dlatego my musimy poznać mechanizmy rynku na tyle, żeby wiedzieć jak z nim rozmawiać. Nikt tego za nas nie zrobi.

 

Nie obawia się Pani, że wtedy reportaż zatraci charakter intymnego spotkania z odbiorcą? Czy w sytuacji, gdy w grę zacznie wchodzić zysk, nie zostaniecie poddani presji nagrywania bardziej lekkich, zabawnych historii? Takich, których przyjemnie i bez wysiłku się słucha?

 

Nie, chodzi o to, żeby najpierw wychować sobie odbiorców, rozbudzić w nich wrażliwość. Mówiąc o docieraniu do słuchaczy, nie mam na myśli „umasowienia” reportażu, tylko jego obecność w świadomości ludzi, obecność na normalnym rynku medialnym, tak jak ma to miejsce w przypadku literatury faktu.

 

Reportaż literacki w Polsce wydaje się dziedziną zdominowaną przez mężczyzn. Reportaż radiowy – wręcz odwrotnie. Do opowiadania dźwiękiem konieczna jest kobieca intuicja?

 

Nie, wyjaśnienie tej sprawy jest proste i bardzo… przyziemne. Mężczyzna musi zarabiać, utrzymywać rodzinę. Niewielu jest takich, których zadowala niszowość, ograniczony dostęp do odbiorcy, o niskich zarobkach nie wspominając. Za granicą taka tendencja nie występuje, tam podział jest w miarę proporcjonalny. Tylko że na Zachodzie reporterzy radiowi dysponują ogromnymi środkami. Mają własne studia nagraniowe, eksperymentują. W Polsce te możliwości są nadal jeszcze nieporównanie mniejsze. Dziennikarstwo jako takie daje możliwość zarobku, bo ten, kto produkuje szybciej i więcej, więcej zarabia. W tym mężczyźni się odnajdują. Reportażowi pośpiech nie sprzyja, bo w przeciwieństwie do zwykłej „wydarzeniówki”, musi on być dopracowany, nienaganny jakościowo. Mniej przyziemną przyczyną jest podstawowa dla wszystkich reporterów kwestia wrażliwości. Ona u ludzi zajmujących się reportażem musi być maksymalna. W naszym kraju mężczyźnie wciąż nie wypada być wrażliwym. Za granicą wręcz przeciwnie, męska wrażliwość już dawno nie jest powodem do wstydu. Żeby wyrównać te proporcje, konieczny byłby więc nie tylko skok cywilizacyjny, ale i wskoczenie na inny poziom mentalności.

 

 

Na jakie pytania powinien odpowiedzieć sobie Pani zdaniem młody człowiek, który poważnie myśli o rozpoczęciu przygody z tym właśnie rodzajem reportażu?

 

Na początku tej drogi warto spytać samego siebie, czym jest dla mnie praca. Sposobem zarabiania pieniędzy czy sposobem na życie, powołaniem? Jeśli powołaniem, to wiadomo, że będziemy wkładać w nią maksimum sił. A za to płaci się cenę. Z tego wynika kolejne pytanie: jak chcę żyć? Rozdzielić te dwie sfery życia, prywatną i zawodową, czy zgodzić się na sytuację, w której wszystko bezustannie się kotłuje.

 

I w Pani przypadku się kotłuje.

 

Kotłuje, i to bardzo. Dodatkowo, jeśli chodzi o mnie, nasuwa się takie pytanie, na ile potrafię chronić siebie. W reportażu radiowym ludzie, który powierzyli dziennikarzowi swoją historię, często oczekują dalszego towarzyszenia. Kilka zawartych przeze mnie w ten sposób znajomości ciągnie się już przez lata. Niektóre z nich są cudowne, całkowicie bezinteresowne, a niektóre wręcz pasożytnicze.

Czego ci ludzie od Pani oczekują?

 

Wsparcia finansowego na przykład. Bo jeśli chodzi tylko o wysłuchanie, to jest to coś pięknego. 8 lat temu nagrałam reportaż o takim chłopcu, Tomku, wychowanku domu dziecka, który chciał odnaleźć swoje rodzeństwo. I od tamtej pory, dwa, trzy razy w roku, on przychodzi do mnie do radia, je ze mną obiad i opowiada co u niego słychać. Chce podtrzymać znajomość, która w jego życiu okazała się istotna. Ale znam też dziewczynę, podobnie jak Tomek wychowaną w domu dziecka, której życie zupełnie się skomplikowało i która potrzebuje mnie w newralgicznych momentach – gdy trzeba zadzwonić do urzędu, załatwić zasiłek. Czasem nie jestem w stanie jej pomóc, czasem udzielam wsparcia finansowego, co nie jest dobre, bo należy dawać wędkę, a nie rybę. Z jednej strony wiem, że ona zasłużyła sobie na swój los, popełniła wiele błędów. Ale z drugiej strony wiem też, że nie zasłużyła, bo to życie dość już ją poraniło. I w ten sposób zostaję uwikłana w ludzką historię. Dlatego gdybym dzisiaj miała odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto w to wchodzić, to musiałabym też zadać sobie dodatkowe: czy dalej chcesz płacić tę cenę? Ceną jest brak spokoju.

 

Czyli nie da się tak po prostu kogoś nagrać i zatrzasnąć drzwi?

 

Jest wiele osób, które potrafią. Ja nie.

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.