Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Aleksandra Gałka „Może kiedyś się rozbiorę”.

 

Aleksandra Gałka

MOŻE KIEDYŚ SIĘ ROZBIORĘ”

Robią dużo szumu wszędzie, gdzie się pojawią. Żadna z akcji nie pozostaje bez echa. Dla jednych są bohaterkami, dla innych aferzystkami, o skłonnościach ekshibicjonistycznych. Ich niekwestionowanym sukcesem jest to, że zawsze budzą emocje – nierzadko negatywne. Femenki wykraczają dziś poza ukraińskie peryferia, a wieść o nich wypływa daleko poza Stary Kontynent.

Symbolem Femenu, organizacji założonej w 2008 roku przez ukraińską studentkę Annę Gucoł, są dwie piersi. Jedna w kolorze żółtym, druga w niebieskim – barwach narodowych Ukrainy. Nic innego nie mogłoby chyba w bardziej jaskrawy sposób portretować głównego pierwiastka budującego tę organizację – kobiecości.
Walczą o prawa kobiet, szerzej – o prawa człowieka, o demokrację, o wolność słowa. Sprzeciwiają się prostytucji, seksturystyce, patriarchalizmowi, ubożeniu społeczeństw. Z drugiej jednak strony poparcie Femenu to równocześnie podpisanie się pod bardziej kontrowersyjnymi postulatami, takimi jak: dostęp do aborcji, pełna legalizacja związków homoseksualnych oraz otwarta kontestacja każdej formy religijności. Jak mówią, ich najważniejszym celem jest pokazanie problemu, zamanifestowanie potrzeby zmian. Pokazując ten problem, pokazują coś jeszcze – rozbierają się do połowy, odsłaniając piersi. Na ich ciele widnieją wymalowane hasła, symbole. Na głowy zakładają wianki, element ludowego ukraińskiego stroju. Ich piękne, długie, rozpuszczone włosy komponują się z długimi wstążkami i kwiatami. Wyglądają majestatycznie, kiedy patrząc w dal, wykrzykują hasła. W wysoko uniesionych rękach trzymają kartony, na których zwykłą plakatówką namalowane są czasami jedno-, dwuwyrazowe, lapidarne hasła – takie jak np. „FUCK EURO” podczas akcji przy warszawskim Stadionie Narodowym.

W akcji tej udział wzięła także nowa Femenka, która do organizacji przystąpiła przed rokiem – Natali Pachenko. Na co dzień mieszkanka Warszawy i absolwentka jednej ze stołecznych uczelni. Dziewczyna elegancka, pewna siebie, wykształcona. Miła, choć do obcych odnosi się z dystansem i pewną rezerwą. Urodziła się i mieszkała przez całe dotychczasowe życie w Połtawie. Na Ukrainie skończyła studia magisterskie, po których zdecydowała się na miesięczny projekt w Warszawie. Znała język polski, miała dobre wyniki w nauce. Włada łącznie pięcioma językami – obok polskiego i ukraińskiego zna rosyjski, angielski i turecki. Dziekan jednej z polskich uczelni zaprosił ją do siebie na specjalne spotkanie i zaproponował magisterium. Na Ukrainie w trybie zaocznym robi doktorat związany z agroturystyką. Pracuje w Polsce, choć zapewnia, że wróci na Ukrainę. Nie wie tylko kiedy. Tam czekają na nią rodzice i starszy brat. Tęskni, ale przyzwyczaiła się. W Polsce czuje się dobrze, choć nigdy jak w domu.

Po co pokazujesz cycki?”

Kolega zaproponował jej rolę tłumaczki podczas konferencji prasowej w Polsce. Długo się zastanawiała. „Transmisja w telewizji, tyle szumu. Po co mi to?” – myślała. Większość Ukraińców była nastawiona negatywnie do dziewczyn. Jej postawa pozostawała neutralna, choć i tak miała wątpliwości. Zdecydowała się spróbować. – Po raz pierwszy poczułam z jak wielkim ruchem mam do czynienia. Tylu dziennikarzy z całej Europy, przybyło do Warszawy, żeby porozmawiać z kilkoma dziewczynami „z jakiejś tam Ukrainy” – wspomina. – Dziennikarze bardzo poważnie traktowali dziewczyny. Poziom rozmowy niczym nie przypominał tych, które prowadzą ukraińscy żurnaliści, zadający zwykle standardowe pytanie: „Po co pokazujesz cycki?”.
Na tym się nie skończyło. Wzięła udział w konferencji i zaangażowała w przygotowania. Odwiedziła miejsce, w którym pomieszkiwały. Na szafce nocnej leżały książki o polityce, filozofii. „23-letnia dziewczyna sięga po takie lektury?” – O tym, że chcę pomagać zadecydowało jedno – poznałam je bliżej – przyznaje teraz. Dzisiaj, kiedy coś dzieje się w Polsce – zawsze przy pomocy Natali. Jak mówi, podczas przygotowań robi wszystko od A do Z. Podczas ostatniej akcji w Warszawie, Femenki zatrzymały się nawet w jej mieszkaniu.

Po pierwsze: mądre, po drugie: ładne

Jakie prywatnie są femenki? – Najpierw są mądre, dopiero potem ładne – krótko opisuje je Natali. Każda z nich ma wyższe wykształcenie lub studiuje. Niektóre pracują, niektóre zajmują się tylko Femenem. To bardzo zwyczajne dziewczyny, które często wynajmują dwupokojową stancję w Kijowie i mieszkają w niej w pięć osób. Kobiety w różnym wieku. Jest wśród nich także 60-latka. Najpierw do załogi przystąpiła jej córka, potem zaangażowała także swoją mamę. Niektóre z nich mają już swoje rodziny, swoje dzieci. – Rodziny reagują różnie. Moja to akceptuje, ale jest jej łatwiej. Ja działam w kuluarach, nie narażam się aż tak bardzo – mówi Natali.
Nie można odmówić dziewczynom urody – są bardzo zadbane, długonogie i długowłose, takie klasyczne „blond-piękności”. Każda jest taka? – Nie. Pokazuje to np. francuski oddział, składający się z różnych kobiet: młodszych, starszych, pięknych i pomarszczonych – odpowiada Natali.

Akcja za akcją

Nigdy nie zrobiły żadnej akcji na zlecenie. Starają się być niezależne. Często dostają zaproszenia na strajki, kampanie, protesty. Jeśli nie jest to zgodne z ich poglądami, nie angażują się.
Członkinie Femenu mają rewolucyjną naturę. Wiele z nich od dawna było zaangażowanych w działania jakichś stowarzyszeń, organizowały hapenningi, demonstracje, walczyły o idee. Próbowały to zrobić w bardziej standardowy sposób, jeśli w ogóle może być mowa o jakichś standardach przy organizacji strajków czy rewolucji. Zawsze skutek był podobny – niemal żaden. Mało kto reagował, mimo że udział brało kilkadziesiąt osób.
Na Ukrainie, jeśli chcesz zaangażować w swój projekt media, musisz zapłacić, dlatego większość akcji mija bez echa. Wyjątkiem jest Femen. Już pierwsza akcja, jaką przygotowały w 2008 roku na Chryszczatyku –„Ukraina to nie burdel” – poruszyła opinię publiczną. Najpierw pisały o tym media ukraińskie, potem huczało w europejskich, a nawet światowych.

Jakiś czas temu na Ukrainie firma oszukała pracowników. Przeszło 100 osób stało przed parlamentem i protestowało. Stali tam 3 dni – bez rezultatów. Zdecydowano, że o pomoc poproszą Femen. Dziewczyny przyjechały do demonstrantów, porozmawiały, wypytały o co chodzi. Wymyśliły, w jaki sposób można przeprowadzić akcję, przygotowały scenariusz spotkania. Rozebrały się, narobiły szumu. Pokazały to wszystkie media. Osoba odpowiedzialna spotkała się z pokrzywdzonymi, wysłuchała postulatów. Coś się ruszyło.
– Po co się rozbierać? – zadaję pytanie, które pada często w rozmowach z Femenem. – Gdyby pojawiło się ubranych 5 dziewczyn w wiankach, z wymalowanymi plakatami, to mogłyby tam stać z miesiąc – tłumaczy Natali. – Ani media, by ich nie zauważyły, ani policja, by ich nie zgarnęła. Nie ma innego sposobu, by nasze społeczeństwo mogło to odnotować. My w Femenie nie mamy władzy, możliwości, żadnych narzędzi, by zmienić cokolwiek w tym kraju. Nie mamy pieniędzy, by zapłacić. Jedyną możliwością jest wstrząśniecie ludźmi, zwrócenie uwagi, wskazanie problemu i wezwanie – zróbmy coś z tym!

Do Femenu postanowiła jakiś czas temu przystąpić francuska parlamentarzystka. Pojawiły się pytania, komentarze: „Jest osobą publiczną, po co to robi?”. Chce być częścią Femenu, bo uważa, że to, co robią dziewczyny jest ważne, chce w tym uczestniczyć. Natali dodaje, że we Francji niemal każdy rozumie Femen, organizacja spotyka się z entuzjazmem, wiele francuskich kobiet utożsamia się z działaczkami. Jednak ostatnie wydarzenia we Francji wydają się tego nie potwierdzać – środowiska prawicowe, które manifestowały przeciwko przyjęciu ustawy o legalizacji małżeństw homoseksualnych odnosiły się z niechęcią, wręcz agresją względem Femenek zakłócających protesty. Rozsierdzeni demonstranci napadli i zadawali ciosy obnażonym kobietom, jak i dziennikarzom rejestrującym zdarzenie.

Największy problem krajów takich jak Polska i Ukraina tkwi w tym, że u nas na Femen się patrzy, a na Zachodzie Femenu się słucha. Zachodni dziennikarze starają się poznać struktury, zrozumieć, dotrzeć do głębi. Natomiast w polskich i ukraińskich mediach spotkać się możemy z takimi notkami: „Odbyła się akcja, dziewczyny z Femenu po raz kolejny się rozebrały”. – I na tym koniec! – ubolewa Natali.
Prostytucja to jeden z największych, problemów na świecie, jeśli mowa o prawach kobiet. Na Ukrainie Femen wraz z organizacją dziennikarzy i pewnym kanałem telewizyjnym przygotowały wspólny projekt. W ciągu miesiąca Femenki przebierały się za prostytutki i wyjeżdżały na określone rewiry w okolicach Kijowa. Dziennikarze nagrywali to specjalnym sprzętem. – Dzięki temu dziewczyny rozkręciły cały system prostytucji w Kijowie. I..? Oczywiście nic się nie zmieniło. – opowiada Pachenko.
Podobnie, bezskuteczne okazały się żądania w sprawie EURO 2012. Dziewczyny pisały do UEFA, do rządów polskiego i ukraińskiego. Chciały wymusić, aby kobiety pracujące w domach publicznych zrobiły sobie badania na obecność HIV i choroby weneryczne. Zakażone zostałyby oczywiście wykluczone.
– Przypominam sobie wywiad z jedną z prostytutek, w którym mówi: „Tak, ja mam HIV od kilku lat, ale pracowałam i będę pracowała. Moi klienci nigdy się o tym nie dowiedzą, bo ja z tego żyję” – przywołuje warszawska Femenka. – Po tym turyści, kibice z całej Europy wracają z HIV-em. Za kilkanaście miesięcy powiedzą: „Tak, byliśmy tam na Euro, oprócz HIVa nic tam nie ma”.
Akcji mają za sobą kilkanaście. W Watykanie przeciwko patriarchalizmowi. W Paryżu, przed domem Dominique’a Strauss-Kahna w strojach nowojorskich pokojówek – przeciwko wysoko postawionym bezkarnym gwałcicielom. Akcje wymierzone w EURO 2012 w Kijowie i w Warszawie. W Turcji, przed stambulską Hagia Sophia protest przeciwko przemocy względem kobiet. Podczas wyborów prezydenckich w Rosji – okrzyknięcie Putina złodziejem tuż przy urnie, w której kilkanaście minut wcześniej oddał głos. W 2011 roku, w obawie o dokonanie „korupcyjnych malwersacji” Femen próbował nagłośnić na skalę międzynarodową sprawę 18-letniej Oksany Monar, zwabionej do mieszkania, zbiorowo zgwałconej i podpalonej Ukrainki, która zmarła w wyniku obrażeń. W ostatnim czasie Femenki protestowały także przeciwko zwierzchnictwu Cyryla I nad Ukrainą, przeciwko Silvio Berlusconiemu podczas wyborów we Włoszech oraz belgijskiemu prymasowi André-Joseph Léonardowi, któremu zarzucały homofobię.

Jedna z najbardziej kontrowersyjnych i godzących w uczucia religijne akcji to ścięcie piłą motorową krzyża poświęconego ofiarom NKWD. Gest ten miał symbolizować solidarność z wokalistkami punkowego rosyjskiego zespołu „Pussy Riot”, którym groziło wówczas 7 lat łagru za zaśpiewanie w moskiewskiej cerkwi piosenki przeciwko Putinowi. Akcja pokazała, że dziewczyny nie mają skrupułów, chcą szokować za wszelką cenę. Performance ze ścięciem krzyża był nieprzemyślany. Chciały zaprotestować przeciwko cenzurze wprowadzanej przez Cerkiew prawosławną, tymczasem krzyż w Kijowie nie ma nic wspólnego z prawosławiem. Ponadto, upamiętnia ofiary zbrodni stalinowskich. Zabrakło podstawowej wiedzy historycznej i wrażliwości.
Jedną z najtrudniejszych była akcja przeprowadzona na Białorusi. Konsekwencje były surowe. Trzy działaczki Femenu: Inna, Oksana i Alexandra demonstrowały przed gmachem KGB, aby okazać solidarność z opozycjonistami protestującymi po wyborach z 2010. Rozebrały się na kilkunastostopniowym mrozie, w grudniowy poranek. Rozwinęły plakaty z napisami: „Wolność więźniom politycznym”, a także „Niech żyje Białoruś”. Zostały schwytane na dworcu kolejowym w Mińsku przez KGB i wywiezione do lasu. Zmuszano, by się rozbierały, oblano je olejem napędowym i ropą, grożono podpaleniem oraz nożem. Potem obcięto im włosy i obsypano pieprzem. Nago pozostawiono w lesie. Bez ubrań, bez dokumentów. – Nigdy tak się nie bałam – wspomina dzisiaj jedna z nich.

Zawsze są przygotowane na najgorsze, zawsze liczą się z tym, że mogą trafićdo więzienia. Gotowe, że zostaną zabrane przez policję. Starają się zorganizować wszystko, dają ostatnie dyspozycje przyjaciółkom: „Ty weź mój telefon, portfel, dokumenty. Jak nie wypuszczą mnie za 3 dni, zadzwoń do mamy, powiedz jej, co się ze mną dzieje…”
Każda akcja jest przygotowywana w wielkiej tajemnicy. Nawet przez telefon czy Internet o tym nie rozmawiają. Oczywista sprawa, że wszystko jest na podsłuchu. Zasada jest prosta: „o akcji można się dowiedzieć dopiero po akcji”.

Bo kiedy nie wiadomo o co…, to o pieniądze.

Jeśli mowa o niezależności, na myśl przychodzi pytanie o sposób finansowania. Femen posiada swój sklep internetowy, który prowadzi sprzedaż gadżetów z logo organizacji. Cieszy się całkiem dużą popularnością.
Na stronie podany jest numer konta. Dziewczyny dostają pieniądze – często nie wiadomo skąd i od kogo. Kilka lat temu odezwał się do nich pewien dj z Niemiec, który zadeklarował, że co miesiąc „odda im swą jedną noc”, czyli całą pensję z danego wieczoru. „Dziękujemy, bardzo nam miło” – sucho odpowiedziały na te piękne obietnice. Tymczasem, rzeczywiście! Od kilku lat wysyła im swą „jedną noc”. Zwykle jest to 500-600 dolarów, czasami nawet 1000. Potrzeby też są duże… Mandaty, grzywny nakładane po akcjach. „Halo, mamo, dzień dobry. Siedzę, musisz zapłacić, bo będę siedziała 2 tygodnie” – ironizuje Natali.

Od tego roku funkcjonuje także biuro w Kijowie. wcześniej wszelkie formalności załatwiane były w mieszkaniach, parkach, nieoficjalnych miejscach. Femen nie ma żadnej struktury. Każdy zajmuje się wszystkim – w zakresie swoich umiejętności, talentów, znajomości. Natali najczęściej zajmuje się tłumaczeniami, fotografowaniem, udzielaniem wywiadów. Stanem wyjątkowym są przygotowania akcji. Wtedy kryterium jest potrzeba, nie możliwości. Do Femenu – organizacji feministycznej – zgłaszają się paradoksalnie także mężczyźni. Sami proponują pomoc. Często wykonują pracę fizyczną – „przynieść, wynieść”, bywa, że pomagają w nagrywaniu filmów, dokumentowaniu akcji.

World of Femen

Kiedyś była to organizacja ukraińska – dziś ma już charakter międzynarodowy. Rozrasta się w szalonym tempie. Działa też w Polsce, a od niedawna i w Brazylii. Ostatnio stamtąd przyjechała nawet delegacja na szkolenie do Kijowa. Szkolenie ze zdejmowania bluzek? – Brzmi śmiesznie, ale takie szkolenia są potrzebne. Psychologicznie trzeba w sobie dużo pokonać. Każdą nową Femenkę się wtajemnicza, tłumaczy jak radzić sobie z policją, jak umiejętnie załamywać ręce. Jak się zachowywać, by nie bolało aż tak bardzo. Przedstawia możliwe scenariusze. Wszystko, żeby zminimalizować strach – opowiada Natali.

Przygotowanie akcji to złożony proces. Za każdym razem jest inaczej. Budzą się wcześnie rano. Plakaty przygotowują dzień wcześniej. Potem przychodzi czas na malowanie ciał. Hasła muszą być krótkie i chwytliwe. Zarzuca im się, posługiwanie ogólnikami, frazesami. Nie przedstawiają prawdziwej recepty, rozwiązania. – Nie ma czasu na złożone postulaty. Pierwszym celem jest pokazanie problemu. Kiedy dziewczyny robią akcje, trwają one do 10 minut. Potem pojawia się od razu policja i je zgarnia – odpiera argumenty Natali. – Boją się? – Najwięcej stresu jest przed samą akcją. Podczas akcji jest już „lajt”.

Wianki zakładają podczas akcji. W ciągu 5 sekund potrafią zrzucić z siebie ubranie, założyć wianek i chwycić plakaty w dłonie. – Robiłam zdjęcia podczas akcji pod Stadionem Narodowym w Warszawie, odwróciłam się tylko na sekundę. One już były gotowe – wspomina Natali.

Banda naćpanych awanturnic”

To jeden z komentarzy pozostawionych na polskim forum. Pojawia się wiele zarzutów. Femen staje się marką, ma swój PR. Dziewczyny występują w sesjach zdjęciowych w kolorowych magazynach. Są jak celebrytki, zaczynają być rozpoznawalne. Ludzie chcą robić sobie z nimi zdjęcia. Femen to produkt. To niebezpieczeństwo dla wzniosłych idei, którymi się kierował.

Tymczasem, nawet kobiety, w obronie których Femen przecież chce działać, odwracają się od nich, tworząc własne ruchy otwarcie krytykujące Femen, takie jak np. polsko-węgierski ruch Christian Woman Against Femen (tłum. Chrześcijańskie Kobiety przeciwko Femenowi) czy Muslim Woman Against Femen (tłum. Muzułmańskie Kobiety przeciwko Femenowi). Te pierwsze promują hasła typu „God, Family and Motherland”, te drugie natomiast publikują swoje zdjęcia w Internecie, na których trzymają kartki z hasłami: „Nagość nie uwalnia mnie i JA NIE potrzebują ocalenia”, nazywając działaczki ruchu Femen „białymi kolonialnymi feministkami”.

Femenki nie zniechęcają się. Za pośrednictwem The Huffington Post UK odpowiadają m.in. „One mówią, że są przeciwko Femenowi, jednak my pozostajemy z nimi. Piszą na ich plakatach, że nie potrzebują oswobodzenia, ale w ich oczach są wypisane słowa <<pomóż mi>>”. Działaczki Femenu deklarują, że są dumne z szerzenia postępowych poglądów na świecie, a idea wolności powinna obowiązywać na całym świecie – także arabskim.

Wkurza mnie to, że zawsze wszyscy mówią, że Femen zajmuje się pokazywaniem piersi. Dlaczego nikt nigdy nie zapyta: jak to jest kiedy one leżą w szpitalach po takich akcjach? Jak dotkliwie są bite przez policję? Jak przebywają na dołku po kilka dni?– pyta z żalem Natali.

***

Pokonać wstyd

Odarcie się z szat to odarcie z intymności. Krytycy wskazują na to, że ta forma walki o prawa kobiet, absurdalnie je bezcześci, uprzedmiotawia ciało, depcze godność. – To kobiecość – nie trzeba się jej wstydzić, bać – odpiera nagonkę Natali. – A ty? Rozbierzesz się kiedyś? – pytam. – Nigdy nie mów „nie”. Może kiedyś się rozbiorę.
Co powinno się o tobie wiedzieć?

Mam naturę rewolucyjną – jeśli coś mi się nie podoba, muszę o to walczyć. Nikt mi nie da tego w prezencie.

femen

Możliwość komentowania jest wyłączona.