Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Aleksandra Gałka „Prawdziwy dokument robi się sam.”

 

Aleksandra Gałka

 

Prawdziwy dokument robi się sam

 

Jaka jest recepta na stworzenie doskonałego filmu dokumentalnego, co łączy striptease z Teleexpresem i w jaki sposób przekonać producentów, żeby dali kasę na kolejny film? Odpowiedzi na te i inne pytania w czasie warsztatów zorganizowanych przy okazji tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych HumanDOC szukał sam mistrz sztuki dokumentu filmowego – Andrzej Fidyk.

Festiwalowe wydarzenia trwają od listopada do marca przyszłego roku w zarówno w różnych miastach Polski, jak i zagranicą. Impreza jest inicjatywą Fundacji Mediów Społecznie Zaangażowanych HumanDoc, która zrodziła się w 2009 roku w gronie dziennikarzy i twórców filmowych, współpracujących z redakcjami największych polskich i zagranicznych stacji telewizyjnych.
Główną intencją tego wydarzenia jest promocja działań charytatywnych oraz zwrócenie uwagi na problemy globalne. Wszystko to w myśl zasady łączenia przyjemnego z pożytecznym. Sprzyjać temu ma zaprezentowanie najlepszych produkcji dokumentalnych z całego świata – Afryki, Ameryki Południowej, Australii, Azji, oraz krajów postsowieckich. Filmy to jednak nie jedyna atrakcja, ponieważ uczestniczyć można także w przeglądzie kampanii społecznych, debatach i panelach dyskusyjnych, a także pokazach przygotowanych specjalnie dla osób niewidomych i niesłyszących. Prospołeczny wymiar całego przedsięwzięcia podkreśla dodatkowo jeden istotny szczegół – we wszystkich projekcjach i wydarzeniach można uczestniczyć bezpłatnie.

 

Jednym z założeń festiwalu jest także próba zainspirowania i rozwoju jego odbiorców, ludzi zainteresowanych tworzeniem form dokumentalnych. W ramach realizacji tego ważnego punktu, organizatorzy stworzyli okazję do spotkań z filmowcami, którzy charakteryzują się „aktywną postawą wobec świata”. Jednym z takich twórców jest właśnie Andrzej Fidyk, który zdaniem HumanDOCS jest „najbardziej zasłużonym i znanym” spośród polskich reżyserów dokumentalnych.

 

O tym, że nie są to tylko uprzejmości, świadczy liczba uczestników, którzy 14. listopada w Kinotece PKiN zjawili się na „Warsztatach z Mistrzem”. Według danych organizatorów, na spotkanie przybyło ponad 150 osób. Jak na uwagi dotyczące niskiego zainteresowania Polaków kinem dokumentalnym, szacunki te wydają się być całkiem zadowalające.

 

Andrzej Fidyk nie ma wykształcenia dziennikarskiego, czy filmowego. Jest absolwentem SGPiS, dzisiejszego SGH. Zaraz po studiach rozpoczął pracę w firmie „REMEX”, ale nie odnalazł się w korporacyjnym klimacie. W 1980 wygrał konkurs na kierownika produkcji. Dwa lata później zrealizował swój własny dokument o tytule „Idzie Grześ przez wieś”, za którego dostał Brązowego Lajkonika na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Tamto wyróżnienie zaważyło na dalszej karierze reżysera. Uznał, że skoro dostaje nagrody za coś, o czym nie miał zielonego pojęcia, to oznacza, że jest to jego droga. Kolejne produkcje ruszyły lawinowo. Od tamtej pory zrealizował ponad 40 filmów dla TVP i brytyjskiego BBC.

 

Mimo tak imponujących sukcesów Fidyk wydaje się być człowiekiem bardzo skromnym. Zaskoczony tak dużym zainteresowaniem ze strony przybyłych, cierpliwie odpowiadał na każde pytanie.

 

Warsztaty podzielono na trzy części tematyczne odpowiadające poszczególnym etapom tworzenia filmu dokumentalnego: przygotowanie, realizacja i post-produkcja.

 

Pomysł i inspiracja są zarodkiem każdego dzieła. Skąd czerpie je sam mistrz? Nie ma jednej konkretnej odpowiedzi. Natchnienie może przyjść zewsząd, w każdym, nawet najmniej oczekiwanym momencie. Podobnie jak przed stworzeniem „Rosyjskiego stripteasu”. W jednym z wydań „Teleexpressu” przedstawiono materiał o nowo powstałej szkole stripteasu w Moskwie. Wspaniały temat! Mimo że zrealizowany z przymrużeniem oka, ukazał przebieg zmian politycznych i społecznych w Rosji po upadku ZSRR.

 

Znamy już temat, mamy pomysł. Być może nawet dobry. Jak się przygotować do jego urzeczywistnienia? Odpowiedź brzmi: porządnie! Należy wiedzieć niemalże wszystko o danej dziedzinie. „W czasie, gdy tworzyliśmy Carnaval. Największe party świata uważałem się za jednego z największych ekspertów, jeśli chodzi o tematykę karnawału w Rio de Janeiro” – opowiadał Fidyk.

 

Zanim wyjedziemy na zdjęcia, potrzebujemy kogoś, kto pomoże zbadać i przygotować grunty, znaleźć bohaterów, nawiązać kontakty, otworzyć drzwi, które pozornie są szczelnie zaryglowane. Osobę tę określa się mianem „local fixera”. Funkcję tę pełni zazwyczaj autochton znający specyfikę przemysłu filmowego, mający całą bazę kontaktów, potrafiący wszystko załatwić. Local fixer czasami sprowadza reżysera na ziemię, weryfikuje pomysły i stwierdza, czy mają one szansę powodzenia.

 

Przy tworzeniu tak dużego projektu jak dokument niezbędne są znaczne fundusze. Jak je pozyskać? Dużo zależy od świetnie napisanego treatment’u, czyli tekstu, opowiadającego o czym będzie film. Jak on wygląda? Po pierwsze: musi mieć początek, środek i koniec. Zasada druga: im krótszy, tym lepszy. Wreszcie: „musi być napisany tak, aby chciało się go oglądać – nie ma mądrzejszej metody” (z rozbrajającą szczerością przyznał Fidyk). Jego zdaniem, przed realizacją produkcji warto jest się wczuć w „zblazowanego telewidza”, zadbać o niego i postarać się opowiedzieć mu wreszcie ciekawą historię.

 

Przechodząc do realizacji, należy wiedzieć, że – jak określa to twórca „Defilady” – „prawdziwy film dokumentalny sam się robi”. Dobra historia napędza całość. Fidyk jest absolutnym wrogiem jakichkolwiek inscenizacji, aktorskich zagrań. Pełna naturalność!

 

W czasie warsztatów odniosłam wrażenie, że plan filmowy przypomina trochę poligon wojskowy, usłyszeliśmy, bowiem: „film profesjonalny to taki, w którym reżyser wyciska wszystkie soki ze swojego zespołu, wymaga od nich maksymalnie dużo, tyle ile są w stanie z siebie dać”. Nie ma miejsca na użalanie się nad sobą. Kolejna rada, którą uważam za cenną, dotyczy selekcjonowania ujęć, które zapisujemy na taśmie. Otóż – selekcji brak. Filmujemy wszystko! To na montażu wyrzuca się obrazy, które okazują się niepotrzebne – „nożyczki są bardzo łatwe w użyciu”.

 

Post-produkcja jest równie ważnym etapem tworzenia dzieła filmowego. Kieślowski mówił podobno, że 75% filmu to właśnie montaż. Nic więc dziwnego, że czasami trwa długie miesiące, a w przypadku „Historii z Yodok” z 2008 roku nawet do 1,5 roku. Jeśli chodzi o montowanie materiałów, to i tu mistrz zaskoczył nas osobliwą wskazówką – „Nie ma nic lepszego niż tak zaplątać, że nie da się całości zmontować w prosty sposób”. Im bardziej skomplikowana treść, tym ciekawiej.

 

Podczas warsztatów padło wiele definicji dobrego dokumentu, jednak najbardziej trafiła do mnie ta: „Dobry film to ileś dobrych elementów [ujęć – przyp. autora] dobrze poskładanych”. Skomplikowane, złożone kwestie należy określać maksymalnie prostym, zwyczajnym językiem.

 

Przy okazji festiwalu można było uczestniczyć w retrospektywie filmów Andrzeja Fidyka, w ramach której zaprezentowano niektóre znane i wielokrotnie nagradzane na całym świecie dzieła, takie jak m.in.: „Defilada”, „Kiniarze z Kalkuty” czy „Taniec trzcin”. Wystarczy spojrzeć na tytuły, by zauważyć, że Fidyk na łatwiznę nie idzie. Stworzenie dobrego filmu to priorytet, nawet jeśli konieczna jest wyprawa na koniec świata. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (25.06.2009) przyznaje – „Dla mnie jedynym celem jest to, by powstał bardzo dobry film, i koniec. Pracując nad nim, nie mogę mieć żadnych obciążeń, osobistych dylematów. Jeśli jadę do Indii, Japonii czy gdzieś tam, to nawet, jeśli coś sobie założyłem, w każdej chwili jestem gotowy to zmienić dla dobra filmu”.

 

Jednak podczas realizacji często bywa tak, że właściwie nic nie zgadza się z założeniami zawartymi w scenariuszu. Same niesprzyjające okoliczności, prawdziwa lawina przeszkód. Na miejscu okazuje się, że należy całkowicie zmienić koncepcję. Tak było w przypadku „Tańca trzcin”. Fidyk pozyskał bardzo cenny kontakt do pewnego ministra, który mógł wprowadzić go na dwór samego króla Suazi – Mswatiego III. Po przybyciu na miejsce do ekipy dotarła smutna informacja – minister zmarł. Nie było mowy o przyjęciu przez króla bez tak poważnej rekomendacji. Należało zmienić projekt całego scenariusza, dzięki czemu powstał film o tym, jak Suazi niszczone jest przez epidemię AIDS. Problem został ukazany przez pryzmat corocznego wydarzenia nazwanego przez autora właśnie „tańcem trzcin”. Kilkadziesiąt tysięcy kobiet z trzcinami w rękach tańczy w rytm muzyki, w nadziei, że zostaną zauważone przez samego monarchę i wybrane na nałożnicę. Ostatecznie z władcą udało się nakręcić tylko jedną scenę. Jako, że nikt nie ma prawa mieć głowy wyżej niż król, ujęcia kręcone były z pozycji klęczącej. Fidyk do dziś żałuje, że nie udało mu się nakręcić bajkowej opowieści o dalekim królestwie w całości ukazanym z perspektywy odpowiadającej wysokości kilkuletniego dziecka.

 

Podobna niespodzianka napotkała twórców w trakcie tworzenia filmu o karnawale w Rio de Janeiro. Zamiarem było nagranie historii o tym, jak pewien brazylijski mafioso kieruje swoją szkołą samby podczas przygotowań do karnawału. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że czyni to zdalnie przez telefon komórkowy, siedząc w więzieniu. Gdy okazuje się, że prawnicy odradzają mu udział w filmie, wycofuje się, tym samym pozbawiając twórców głównego wątku. Fidyk znajduje zatem kolejną ciekawą historię. Człowiekowi, który szyje piękne kostiumy, wykorzystywane na paradzie pali się zakład z całym dobytkiem, ze wszystkimi strojami, tkaninami. Traci wszystko. Fidyk kręcił o nim materiał przed pożarem. Jawił się wówczas jako człowiek, który wiedział czego chce, był pełen zapału, pomysłów. Teraz dokumentalista chciał pokazać jego przegraną. Mimo pieniędzy, jakie oferowała w zamian właścicielowi sklepu stacja BBC, ten nie zgodził się na udział w produkcji. Wydawało się, że wszystkie starania poszły w niwecz. Można było po prostu stworzyć kolejny film o brazylijskiej sambie. Jednak Fidyk znany jest z tego, że unika banałów i bardzo starannie dobiera bohaterów swoich dokumentów. I w tym przypadku dał temu wyraz. Udało mu się odnaleźć ludzi głuchoniemych, którzy o świecie muzyki, tańca i rytmu potrafili rozmawiać językiem migowym.

 

Każdy z tych filmów to wytężona, ogromna praca. Jedna minuta przeliczona jest na wiele godzin, być może nawet dni przygotowań. Warto chyba jednak poświęcić się dla tak zadowalających efektów. Fidyk słynie ze swej staranności i troski o atrakcyjność formy, obrazu i historii. Dzięki temu jego nazwisko w branży telewizyjnej stało się najlepszą marką. Mówi się także, że sukces, który odniósł trudno będzie powtórzyć. Spróbujemy.

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.