Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Aleksandra Gałka „Pijana sypialnia.”

 

Aleksandra Gałka

– Wianki, wiaaaaaaanki! – wydziera się jakiś koleś ubrany w trochę przyduże ciuchy. Marynarka, kapelusik, pantofelki, dziwny kij w ręku.

– Co jest, kurde?

Przychodzisz sobie do jednego z praskich klubów, imprezka, piweczko, znajomi, aż tu nagle taki obrazek.

– …nakrzyżowe, nagrobowe i na głowy panien w trumnie – zawodzi jak przekupa kolesiówa, której wygląd też jest mocno niedzisiejszy.


Całkiem szybko okazuje się, że jest ich więcej. Wprawne oko naliczy piątkę takich „elementów”. Dwie kobiety i trzech mężczyzn.

– Jakieś świry czy co? Pijani może? – spekulacjom nie ma końca.
Tak, są pijani. A upili się… w sypialni.

Teatr Pijana Sypialnia powstał zaledwie kilka miesięcy temu, a już próbuje namieszać na warszawskiej scenie teatralnej. Choć, jak się okazuje nie tylko na scenie. Według założeń twórców, ma to być teatr bliski ludziom. Stąd też pojawiają się często w miejscach, które zazwyczaj ze sztuką raczej nie mają nic wspólnego – tramwaje, jarmarki, podwórka, parki. Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy zaskoczą cię aktorzy Teatru Pijana Sypialnia. Czy tego zechcesz, czy też nie, sprawią, że będziesz doświadczać sztuki, stykać się z nią i smakować.

Pijana Sypialnia to pięcioro aktorów: dwie dziewczyny i trzech chłopaków, nad którymi pieczę sprawuje doświadczony polski reżyser Staszek Dembski. To człowiek, który budzi szacunek całej grupy i scala ją. „Jest wielu reżyserów, którzy narzucają swoje wizje kosztem aktorów. Są reżyserzy, którzy robią sobie swego rodzaju terapię, leczą z kompleksów za pomocą „pionków-aktorów”. Staszek proponuje inną wizję, często nawołuje nawet: buntujcie się!. Zwykł też mawiać: ja tylko pomagam, to jest wasz teatr”.

Jak to się zaczęło?

Droga do powstania tego „teatralnego tworu” była długa, choć raczej płynna i trudna do określenia w czasie. Po prostu stało się. „Nie mamy przeszłości” – mówią. Nie oznacza to, że nie posiadają doświadczenia. Każde z nich grało w jakiejś grupie teatralnej. Spotkali się jako ludzie, których łączy ta sama paska. Nawiązała się między nimi przyjacielska relacja, a wraz z nią ochota, by coś stworzyć razem. „Gdyby nie teatr, nigdy byśmy się fizycznie nie spotkali” – przyznają i podkreślają, że Teatr Pijana Sypialnia ma dwa główne filary: są nimi przyjaźń i pasja. – Myślę, że żadne z nas z teatru nie zrezygnuje. To jest jak prawdziwa miłość – taka, której się nie zapomina, taka, która trwa i trwa. Możesz próbować ją rzucić, ale ona będzie wracać – mówi jeden z członków teatru, Sebastian Słonimski. Aktorzy Teatru Pijana Sypialnia są bardzo różni, zindywidualizowani, a jednak tak bardzo do siebie podobni. Czasami skorzy są określać siebie nawzajem mianem rodziny. Są studentami stołecznych uczelni, a kierunki, które wybrało każde z nich, oscylują wokół tematów związanych z człowiekiem i społeczeństwem. To zdecydowanie humaniści.

Niemal za każdym razem, kiedy wspomina się o nazwie Teatru Pijana Sypialnia, spotyka się to z zainteresowaniem, czasami konsternacją. To dwa bardzo wyraziste określenia, które w połączeniu wywołują niejednoznaczne skojarzenia.

Geneza nazwy wiąże się z futurystyczną sztuka o tytule „Fabryka torped”. Jednym z jej bohaterów jest niejaki Kicz, który pełni funkcję dyrektora Teatru Pijana Sypialnia. Sztuka okazała się dla zespołu artystów idealna, ponieważ głównym obszarem ich zainteresowań jest właśnie futuryzm. Interesuje ich to, co jest na pograniczu – trochę kiczowate, zdystansowane, w pewien sposób komiksowe, czasem nawet odpustowe. Podobnie jak w granej przez nich ostatnio sztuce „Osmędeusze”, gdzie kicz przeplatany jest śmiercią, jarmarczność z cmentarną przemijalnością. Fascynacje te można odkryć, obserwując sposób, w jaki promuje się ten teatr. Sztukę Mirona Białoszewskiego pt. „Osmędeusze” reklamują w bardzo niekonwencjonalnym i absolutnie „nie-mironowym”, komercyjnym stylu – są to np. zdjęcia, plakaty podobne do tych, które znamy z okładek płyt disco-polo.

Sprzedać siebie

Podejście Teatru Pijana Sypialnia do mass-mediów także jest niecodzienne. Wychodzą, bowiem z założenia, że teatry muszą ściśle współpracować ze środkami masowego przekazu. Przyczyn problemów finansowych w teatrach upatrują właśnie w tym, że nie wychodzą one w pozaartystyczny świat. – Sprzedajemy się – mówiąc to, Sławek, aktor TPS świadomie i celowo używa tego słowa. – Teatr powinien umieć się sprzedać. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, powinien po prostu umieć dotrzeć do ludzi – dodaje. Tę powinność docierania do ludzi aktorzy TPS pojmują w bardzo dosłowny sposób. Ze spektaklami wchodzą w miejsca, w którym już zastają ludzi. Są to ludzie przypadkowo napotkani, zaskakiwani w różnych okolicznościach, wyrywani ze swoich spraw. Dosiadają się, zatrzymują, przystają i oglądają – Z twarzą kamienną, ze wzruszeniem, ze zdziwieniem – opisuje Karolina.

To coś, co w sposób zdecydowany wyróżnia ten teatr od tych instytucjonalnych. Zazwyczaj to ludzie fatygują się, szukają spektaklu, przeglądają repertuary, docierają do gmachów, budynków, w których danego dnia, o danej godzinie odgrywana jest sztuka. Z Pijaną Sypialnią jest inaczej, ponieważ oprócz stałego, „stacjonarnego” repertuaru, organizują akcje plenerowe. „Osmędeusze to projekt, w przypadku, którego aż prosi się, żeby wychodzić z nim do ludzi – na ulice, na podwórka, przystanki autobusowe, parki”. Nie boją się tych mniej wdzięcznych miejsc, pojawiali się też tam, gdzie śmierdzi, budynki są odrapane, grożą zawaleniem, a wciąż mieszkają w nich ludzie. Ludzie żyjący często na skraju ubóstwa, rodziny patologiczne. Jak się okazuje, oni też czasami są głodni sztuki. Stworzenie teatru dla zwykłych ludzi stanowi jedną z głównych misji, jaka przyświecała założycielom. Elity mają już swoje teatry, ludzie ubożsi – niekoniecznie. Mimo, że audytorium TPS jest zróżnicowane pod względem wieku i statusu, to ludzie „zwykli”, biedniejsi zajmują szczególne miejsce.

Białoszewski to autor sztuk, które nie zawsze są łatwe w zrozumieniu, trudne interpretacyjnie. Skąd więc pomysł, by wystawiać jego sztukę, kierować ją do ludzi prostych? – Wybraliśmy właśnie Mirona, ponieważ w cudownej formie porusza proste, ale ciężkie tematy: miłość, przemijanie, tematy, o których zapominamy o nich w codziennym biegu – mówi Karolina, aktorka TPS.

Po co właściwie ludziom prostym teatr? Nie potrzebują wykreowanych problemów, melodramatów. Przeżywają swoje rzeczywiste, realne troski, prawdziwe dylematy.

Prof. Wojciech Dudzik, teatrolog i kulturoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego nie widzi potrzeby dzielenia teatru. „Teatr powinien umieć trafić do wszystkich, a każdy inaczej może go odbierać i co innego w nim odnaleźć. Ludzie, którzy z teatrem wcześniej się nie zetknęli, odbierają go najczęściej bardziej spontanicznie i trafnie niż tzw. wyrobiona publiczność. Nie wierzę w żadną sztukę „dla ubogich” czy „dla maluczkich”. A teatr niekoniecznie jest po to, żeby go rozumieć. Czasami lepiej za dużo nie rozumieć, a więcej odczuć i przeżyć.”

Podobnie zauważa Sebastian: „Teatr ubogaca, pobudza wyobraźnię – nawet jeśli się go nie do końca rozumie”. Kiedyś pewien człowiek podszedł do aktorów TPS, mówiąc: – Wiecie, nic nie rozumiałem, ale tak fajnie się was oglądało!

Bez kasy na faje i fryzjera

Granie w teatrze to nie tylko przyjazne sceny, nie tylko wyrazy uznania, owacje, oklaski, wdzięczna publika. – Nie mam kasy na papierosy, nie mam kasy na fryzjera – przyznał kiedyś z rozbrajającą szczerością Sławek. Teatr wymaga dużo poświęcenia, pochłania mnóstwo czasu. Aktorzy TPS podchodzą do przygotowań bardzo profesjonalnie. To nie jest wykuta na pamięć kwestia. To nie tylko próby, spektakle, ale też wiele prywatnych rozmów. – Każdą rolę trzeba porządnie przegadać, to wiąże się także z godzinami pracy nad sobą. Dorywcza praca odpada, czasami zawala się też i studia… Choć Pijana Sypialnia jest na początku swojej drogi, liczy na to, że w przyszłości będzie mieć swoją widownię. Nie wzorują się na nikim, pomysł na funkcjonowanie jest świeży, wciąż ewoluuje. Mimo, że żyjemy w czasach, kiedy to każdy ma ambicje zostać wielkim artystą, to zjawisko związane z funkcjonowaniem teatrów studenckich jest wciąż warte uwagi.

Czasy się zmieniły

Kiedyś, na przełomie lat 50-tych i 60-tych teatry studenckie stanowiły antytezę dla teatrów instytucjonalnych, które oferowały niewiele ponad to, co nazwać można propagandową papką. Scena studencka stanowiła wypadkową autentycznych nastrojów, poszukiwań młodych ludzi, często wykraczając poza mury uniwersyteckie. Spektakle teatrów studenckich przestawały być peryferiami sztuki teatralnej, zaczęły wyznaczać trendy, jakie obowiązywały w całościowej społeczności kulturalnej. W trakcie funkcjonowania coraz to nowych zespołów teatralnych w różnych ośrodkach akademickich wyklarował się termin, którego interpretacja jest interesująca. Określeniem tym stała się „kultura oficjalna”, przy czym przeciwstawieniem do niej nie jest tzw. „kultura nieoficjalna”, lecz po prostu kultura studencka oraz różne przejawy poszukiwań grup alternatywnych.

Lata 50. oraz 60. pokazały, że teatr studencki to zjawisko, które jest wielowymiarowe. Trudno je skategoryzować, osadzić konkretnie w granicach działalności społecznej lub też w granicach sztuki. „To więcej niż ruch i więcej niż teatr” – jak pisała Aldona Jawłowska – „To także instytucja, miejsce do życia, zabawa, swoisty azyl dla nieprzystosowanych. Lecz przede wszystkim to próba przeciwstawienia kulturze zastanej – odmiennej kulturowej całości”.

O specyfice teatrów studenckich w swoim felietonie „Świat nie jest taki zły” pisał Jerzy Afanasjew: „Wielu młodych, zainteresowanych kulturą, tych, co częstokroć w pochodach niosło szturmówki studenckie, i tym razem ruszyło w kulturze do szturmu głosząc nowe myśli, własną chęć naprawy świata. Nastał czas, w którym nieprawdziwy, bo niestety papierowy świat kultury rozmókł na deszczu, a spod ziemi narodził się prawdziwy kwiat młodości. Teatr prawdziwie ideowy”.

Czasy się zmieniły. Czy dzisiejsze teatry studenckie mają szanse wykroczyć poza obszar peryferii kulturalnych, nadawać kształt „kulturze oficjalnej”? Niemałe to wyzwanie. W czasach komunizmu zdefiniowanie zagrożeń względem prawdziwej, „nieskalanej” kultury było proste – władza. Dzisiaj, w momencie, gdy przestajemy mówić o publiczności, a zaczynamy mówić o targecie, zagrożenie jest niepokojąco trudne do określenia. A to dlatego, że główne zagrożenie dla teatru ideowego – pieniądz nie przestaje być równocześnie jego szansą… Czego boi się Teatr Pijana Sypialnia? – Białoszewski twierdził, że teatr należy tworzyć w gronie przyjaciół. Taki teatr tworzymy. To jest nasza wielka siła, dzięki której mamy nadzieję, że nawał pospolitości i efekciarstwa nas nie dopadnie – przyznaje skład Pijanej Sypialni.

osmedeusze

Możliwość komentowania jest wyłączona.