Opublikowano , autor: dokumentalistyka

Aleksandra Gałka, reportaż z Bazaru

 

BAZAR RÓŻYCKIEGO – nie tylko muzyczny

 

Aleksandra Gałka

 

Pan X

 

Bardzo zniechęcony do studentów z UW, wieszający psy na autorze książki „Niebieski syfon”, wykazujący całkowity brak zaufania do dziennikarzy i intruzów kręcących się po bazarze.

 

Ze wszystkiego można zrobić biznes. Z muzyki też, a jakże. Widzisz pani tą budkę? Tą, tą drewnianą. Tu kiedyś też ze dwadzieścia parę lat temu, facet sprzedawał te pocztówki grające. Dużo osób tu przychodziło. A to na imieniny, urodziny, dla cioci czy panienki. Robił na zamówienie, kombinował. Polskie, zagraniczne. No powiem pani, że to średnio legalny interes był. Ale zarobił dużo kasy, wybił się i wyrwał z bazaru. Tylko budka po nim została. Już kilka innych interesów się w niej później kręciło.

 

A zna pani Laskowskiego? Tego od „Kolorowych jarmarków” . No on się dzięki naszemu bazarowi wybił! Na początku to on przecież tylko tutaj grywał.

 

Pan Boguś o Laskowskim: Władza gnoiła go strasznie, jego piosenki recenzowano w prasie tak: „Gdyby dało się dać notę poniżej 0…” Nie pasował do ich szablonu grzecznego chłopca. „Kolorowe jarmarki”, to jedyna jego piosenka. Reszta jego utworów, to warszawskie szlagiery, które zostały przez niego wylansowane.

 

Pani Anna

 

sprzedaje płyty na Bazarze Różyckiego od 5 lat

 

W handlu jako takim jestem już 20 lat. Bazar znam od dziecka, najpierw przyjeżdżałam z mamą. Potem będąc starszą, kiedy chciało się modny but, modny ciuch, tylko tutaj można było kupić. Na Bazarze była kreowana moda, styl. Tutaj była odzież w dobrym gatunku, ciuchy z tzw. paczek zza granicy. Handlarze mieli swoje dojścia do tych paczek. Jeśli jakaś warszawska modnisia chciała się wystroić, nie szła do Pedetu na woli, żeby kreacje firmy „Wola” kupić, tylko szła właśnie na bazar.

 

Ja urodziłam się w ’61 roku, więc wychowałam się naprawdę na bardzo dobrej muzyce. To były te czasy, te kluby, te grupy przyjaciół.

 

Kiedyś nie było Internetu, nie było YT. Co się zdobyło własnym sumptem, tego się słuchało i dzieliło z przyjaciółmi. Bazar w tym pomagał. Głównie na stadionie, na tzw. Jarmarku Europa były tzw. piraty, ale tutaj na Bazarze też można było zdobyć niejedną perełkę. Wbrew pozorom świetną muzykę sprzedawali i tak się kupowało.

 

Jak Pani trafiła na Bazar?

 

W pewnym momencie były głosy, że likwidują stadion. Przed Euro została zamknięta korona bazaru, gdzie miałam swoje stoisko. Było losowanie, wylosowałyśmy z koleżanką bardzo marne miejsce do handlu. Żeby zapewnić sobie ciągłość w handlowaniu, nie narażać na jakieś przerwy, postanowiłyśmy przenieść swoje stoiska na bazar.

 

Dlaczego właśnie muzyka, handel płytami?

 

Próbowałam handlować bluzkami, ale wyszło na to, że to, co mi się podoba, nie podobało się klientom. Stwierdziłam, że skoro nie mam takiego gustu, by móc wstrzelić się w gusta masowe, to muszę zmienić dziedzinę. A muzykę bardzo lubię, znam ją, wiem gdzie kupić, jak ją zdobyć i może dlatego…

 

Muzykę należy mieć bardzo różną, zwłaszcza tutaj na bazarze, no przede wszystkim zespoły warszawskie, biesiady. A jeśli chodzi, o powiedzmy sobie, ambitniejszą muzykę, to ludzie zamawiają, po prostu staram się ją zdobyć, jeśli klientowi mocno na niej zależy.

 

A z muzyką tutaj to jest tak, idzie człowiek, który specjalnie nie jest klientem Empików ani innych sklepów muzycznych, raptem usłyszy jakąś melodię, ona mu przypomina jakąś sytuację, epizod z dzieciństwa, być może pierwszą narzeczoną – „Och, jakie to piękne, ja to muszę mieć”.

 

Ludzie zatrzymują się i płaczą. Mam tu taką płytę biesiadną i m.in. jest tu taka piosenka „Matko moja, ja wiem” i przychodzi pani, która całkiem niedawno matkę swoją pochowała. Zatrzymuje się przy mojej budce i szlocha. I to jest płacz takiego dziecka, prawdziwie zranionego, skrzywdzonego, pełnego poczucia straty. Samej mi się łzy kręciły wtedy.

 

No przy innych melodiach też się zdarzają podobne sytuacje. Każdy ma coś tam swojego, dla jednego może to być rock and roll, dla innych Ave Maria. No różne, zależy od człowieka, od sytuacji.

 

Przychodzi tu też pan, który od wielu lat grywa co jakiś czas na Bazarze. Traktuje to zarobkowo. On, harmonia, jego głos, jego interpretacja. Teksty ładnie opanowane, teksty, które śpiewa nawet ja nie słyszałam. On śpiewa piosenki, prawdziwie podwórkowe, które być może są już w kulturze zapomniane, ale śpiewa to z sercem, wokal może mu nie pracuje jak trzeba, bo trochę dużo pije i pali, ale to i tak się czuje. Nawet jeśli ktoś będzie po konwersatorium, technicznie profesjonalny, a robi to bez serca, bez przekonania, to nie będzie to poruszające.
To już nie jest to samo, co kiedyś. Wszystko się komercjalizuje, zatraca swoją folkowość, warszawskość. Muzyka kapel podwórkowych kojarzy się może z kiczem, z biesiadami, hitami weselnymi.

 

Można jakoś dotrzeć do niego?

 

Nie wiem proszę pani jak on się nazywa, gdzie mieszka. On po prostu się zjawia, raptem słyszę jego akordeon, jego śpiew, przejdzie i wyjdzie.

 

Jakie są reakcje?

 

Ludzie uśmiechają się, podrygują, ale inni wzruszają ramionami i mówią: „Ooo, wiocha!”. Co jakiś pan z akordeonem, kiedy ona ma tu mp3. Ludzie młodzi nie czują tego klimatu – dla nich to prostactwo, zapominają, że to jest część kultury i historii miasta, tego miejsca.

 

Tutaj kiedyś też się zdarzało tańczyć ludziom przed moją budką, zatrzymują się, ponosi ich muzyka.

 

[Państwo, którzy mają swoje budki w pobliżu bardzo się przyzwyczaili do obecności p. Anny, jak jej nie ma to jest im smutno, czegoś brakuje. Muzyka jest pożądanym, ważnym elementem życia na bazarze].

 

Ulubione piosenki p. Anny: „Bal na gnojnej”, Czerniakowskiej „Przyznaj się”, „Skrwawione serce”,

 

Te słowa, melodyka mają urok – jeśli się tego posłucha uważnie, bo jeśli się posłucha tego tak jak muzyki klubowej teraz, to rzeczywiście może być nudne.

 

***

 

Pamiętam jak byłam małą dziewczynką, to był ’68 rok. Pomijam, że był to okres różnych historycznych wydarzeń, ale trzeba wspomnieć, że kapele były na bazarze, a także na osiedlach – na Woli, na Pradze. Niedziela była takim wyjątkowym dniem. Zawijało się złotówkę w gazetkę i rzucało grajkom. Ludzie wychodzili na ulice, tańczyli. To był rytuał. Rano szło się do kościoła, kto wierzący, wracało z mszy, jadło śniadanie, no a potem przychodziła kapela, nie włączało się radia, telewizji. Jakaś gospodyni domowa krzątała się w kuchni i wychylała przez okno, jak dosłyszała muzykę. To była często jedyna taka muzyczna rozrywka.

 

***

 

Rumuni też próbują na bazar przychodzić. Pojawia się także ludowa, rosyjska muzyka. Ma to swój urok, ale różna to muzyka od tej warszawskiej.

 

***

 

Piosenka „Bazar przy Targowej”

 

W ogóle o bazarach jako takich piosenek powstawało sporo. Bazar to taki wdzięczny temat, bo tu się toczyło życie, tu tętniło życie. Kiedyś bazar wyglądał tak, że tu chodziły tłumy. Od 6 rano do 20 był otwarty. Bazar stanowił także ośrodek kulturalny. Tu się kupiło wszystko: kupiła pani książkę, kupiła pani płytę, kupiła pani bieliznę, suknię ślubną, but, no ludzie mężów poznawali, żony poznawali.

 

***

 

Panny się podkochiwały w muzykantach. Ładne oczy, ładny głos, może na nią spojrzał. Tak jak dzisiaj dziewczyny kochają się w liderach grup – jeśli on jest wyeksponowany wszyscy inni przy nich bledną.

 

 

Wielanek – urodzony przy ul. Brzeskiej

 

 

Bogusław Bocheński

 

mieszkaniec i miłośnik Pragi, mieszka tu od urodzenia, członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

 

O Różycu mówiło się „bazar duży” dla odróżnienia od tzw. „bazaru małego”, który mieścił się przy ul. Radzymińskiej.

 

Wracając do dziejów bazaru… W swoim czasie, ponad 200 lat temu, na terenie Pragi było miasto Skaryszew – Skaryszew. Drewniana zabudowa, ale był to ważny szlak handlowy, ponieważ umiejscowiony był na przecięciu dróg. Ale niestety został spalony przez Rosjan, po tym jak Polacy im się sprzeciwili i wybuchło powstanie styczniowe. No, ale tradycja handlu nie zanikła, i ponad 100 lat temu mgr farmacji, przedsiębiorca – Julian Różycki utworzył Bazar przy Targowej. Ponadto, był jednocześnie fundatorem szkoły Władysława IV.

 

Urodziłem się w kamienicy na Szmurkach, tam też mieszkam i nie chciałbym się przeprowadzać. Jak byłem mały często chodziliśmy na niego kupować. Z mamą na bazar chodziłem. Tam już zaczynał się ruch, szczególnie na Brzeskiej mniej więcej o 2-3 w nocy. Chłopi z okolicznych wiosek, a wtedy to było blisko, przynosili płody rolne, przywozili na wozach. Kobiety w chustach, opaskach woziły mleko, jagody, grzyby. Handel się bardzo wcześnie zaczynał. Chciano zająć dobre miejsce. W latach 50tych-60tych to obrazek bazarowy się przedstawiał w ten sposób: wóz konny stał koło wozu konnego. Bywało i tak, że ludzie hurtem czasami sprzedawali taniej towar i odjeżdżali.

 

Na bazarze można było kupić wszystko! Można było się najeść, ubrać nie wychodząc z bazaru. Ach, no Pałac Kultury i Kolumnę Zygmunta też próbowali cwaniaki ludziom opchnąć. Frajer jak przyjechał ze wsi to go złapali, no niestety. Naiwnych nie sieją, sami się rodzą.

 

***

 

Te babki, co na bazarze sprzedawały, to prosiły moją mamę, żebym coś ja przyszedł u nich kupić, bo lekką rękę mam i jak coś kupię rano to im później pięknie cały towar schodzi. Ciągle powtarzają mi, żem ja w czepku urodzony.

 

Owoce pięknie poukładane, pierwszy rząd wypolerowany. Nie można było go ruszyć. Wybierałem sobie coś. A i cytrusy można było kupić wtedy – pomarańcze, cytryny, melony nawet! Chociaż te były droższe – po 5 zł sztuka.

 

Pamiętam też taką scenę z dzieciństwa – byłem mały, mama coś tam kupowała, ja sobie stałem z boku i obserwuję: facet elegancki, w meloniku, pod krawatem, marynareczka, laseczka. Podchodzi do kobiety. Coś tam kupił, ukłonił się, podziękował, odszedł. Inna babka podchodzi, sprzedawczyni chce sięgnąć do woreczka z pieniędzmi, który jej wisiał na piersi, a tu co? Woreczka nie ma, przecięty! W niewytłumaczalny sposób. Nikt nie wiedział jak to zrobił. To chyba szkoła lwowska, normalnie zawodowy złodziej, bo jakże inaczej? Czytałem o Urkenie Halniku – przedwojennym słynnym złodzieju z Lwowa. W więzieniu napisał książki, w których przedstawiał złodziejskie sztuczki. Ta by pasowała do nich.
Ci złodzieje byli wyćwiczeni. Wyglądało to mniej więcej tak: stał manekin, do którego były przyczepione dzwoneczki. Żaden dzwoneczek nie miał prawa być poruszony.

 

***

 

Muzykanci

 

Były to przeważnie dwu- czy trzyosobowe grupy. Składały się najczęściej z akordeonu, skrzypiec. Kapele przychodziły po południu bardziej. Jak był tłum to zdarzało się tak, że ci muzykanci nie mieli warunków, żeby przejść. Przede wszystkim taką główną aleją przemaszerowali i muzykowali.

 

Straganiarzom się podobała muzyka tych kapel, podrygiwali, rzucali monety, ale ja ci powiem, każdy pilnował swojego interesu, weźmie odejdzie, a tu nagle świsss, ktoś mu nagle coś zasunie…

 

Pamiętam, że te kapele grały takie utwory jak: „Czerwone maki”, „Ostatnia niedziela”.

 

Większość piosenek nie była taka do tańca, to były raczej ballady. Sporo piosenek powstawało w więziennych celach. Układane na melodię kolęd. Teksty były związane z perypetiami opryczników1,ulicznych złodziejaszków, niespełnionymi miłościami.

 

Szał na punkcie chłopców z zespołów zaczął się z chwilą, gdy do Polski dotarła Beatlessomania, członkowie kapel nie byli obiektem westchnień młodych panien. A to głównie, dlatego, że członkami kapel byli raczej starsi faceci, cwaniaczki, pijaczki. Nie żadni młodzi chłopcy.

 

 

 

***

 

Nie podoba mi się wielokrotnie to, co młodzi ludzie robią z dawnymi warszawskimi piosenkami. To jest nie ten klimat, nie ten rytm, nie to tempo. Przecież np. piosenkę pt. „Bal na gnojnej” powinno się śpiewać w ospałym, wolnym tempie. Wiadomo, że to było już pół nocy przebalowanej i towarzystwo szemrane, zmęczone było no i musieli jakoś dojść do domów.

 

 

Mięso

 

Co do mięsa – było kilka kobiet, ale najsłynniejsza była Kaszanka. Jak robiono naloty milicyjne, przeważnie zabierali właśnie ją, ale po 2-3 dni wracała i dalej handlowała.

 

Raz kiedyś z pracy wracałem, a zawsze przez bazar szedłem, świadkiem byłem takiej sceny: aktor Bronisław Cieślak, „naczy” ten porucznik Borewicz z „07 zgłoś się” z dwoma kolegami wszedł na bazar. Kaszanka zobaczyła go i zaczęła krzyczeć: „Milicja, milicja!” i poszła w długą, zostawiając towar.

 

Kaszanka miała dobre mięso. Bo bywało i tak, że jakieś cwaniaki sprzedawali mięso bociana jako gęś, mięso szczura jako mięso królika.

 

***

 

Gra w 3 lusterka

 

Grasowali cwaniaki, którzy grę w 3 lusterka urządzali. To był przełom lat 50-tych i 60-tych. Nazwali tę grę też lalkami. Jak to wyglądało? 3 lusterka, obciągnięte termą, pozszywane, i na jednym głowa laleczki była przyklejona. Odpowiednio były przekładane, trzeba było odgadnąć, na którym z lusterek jest lalka. Zawsze kilka osób stało wokół.

 

Raz delikwent wygrał, potem to już ciągle przegrywał. Złapał jednak już bakcyla i bywało często, że niektórzy olbrzymie pieniądze przegrywali. Ale kiedy ktoś tylko podskoczył, dostał sójkę w bok i siedział już cicho. Potem była przerwa, a lalki się pokazały ponownie w czasie przełomu, to po tym jak Balcerowicz wprowadził te reformy i granice otworzył. „3 karty” to się też nazywało, metoda gry była ta sama.

 

To była cała zorganizowana machina. Każdy był odpowiedzialny za jakąś działkę. Byli cwaniaki co naganiali, namawiali: „postaw tu, postaw tam”. Podpuszczali delikwenta, potem był krąg, co go pilnował, za nim był duży szereg, który z kolei pilnował przed milicją. Pokazywali sobie nawzajem specjalne znaki, momentalnie wtedy lusterka zabierali, pudełko rozerwane i już ich nie było. Z tego, co wiem jeden klient, który przyjechał samochód kupić, wrócił bez pieniędzy.

 

O pamiętam, Mioduszewski taki był. Jak w szkole zawodowej był, to też grał w lusterka. Dobrze grał, dobrze rzucał2, ładnie mu to wychodziło. Nagle parę dni po jakiejś grze go znaleziono w nocy powieszonego na latarni. Szło mu zbyt dobrze. No było sporo takich sytuacji, kiedy to wypadało odejść, się odwrócić. Z tymże to było też jednak tak: swój swego nie ruszył, a jak było jakieś nieporozumienie, to załatwiano to przez solówkę – jeden szedł na jednego, honorowo. Dali sobie parę razy po gębie, dobra, cześć, cześć, w porządku.

 

„Jak komuś się nie podoba, to pójdziemy za budkę i przeprowadzimy mowę krótkie.”

 

***

 

Pyzy i flaki

 

Główna atrakcja żywieniowa – flaki i pyzy gorące! Stał taki pawilon, który w tej chwili nie istnieje. Był to budynek drewniany, państwowy. Pod jedną ścianą pyzami handlowano, flakami. Tam zawsze jaka flaszka była, tam się też człowiek najadł. Na bieżąco był dostarczany towar. Wszystko mieli gorące, nawet w największy mróz.

 

Mety

 

W każdej bramie była meta3. Sprzedawano alkohol, ale oczywiście w ograniczeniu czasowym. Od godziny 13:00. Alkohol był najwyższej jakości, ponieważ bardzo dbano o towar. Jakby klient się zniechęcił, to straciliby o wiele więcej klientów, nie tylko tego jednego. Drogą pantoflową wszystko się rozpowszechniało.

 

Praktycznie wszyscy przyjeżdżali i kupowali wódkę na bazarze. Babki lub faceci stali w bramie i podpytywali: trzeba coś? To było tak obstawione, że milicjant nie wszedł, od razu się rozpoznawało, kto jest z MO. Trzeba było uważać, bo ci co jakiś czas robili łapanki. Podjeżdżali do budy, każde wyjście obstawili, wtedy milicjanci wysypywali się raptownie… Handlarze wszystko, co mieli wyrzucali albo na dachy, albo do kanałów, albo oddawali. Woleli to wyrzucić, niż dać się złapać.

 

Pani Agata od książek

 

Pani Agata handlowała książkami – świetne, przedwojenne pozycje miała. Była to osoba szczupła, kostyczna. Miała też pewną zasadę: nie sprzedawała książek wszystkim. Musiała się do kogoś przekonać, nie chciała ich sprzedawać byle komu. Trzeba było ją podejść, umieć się wkraść w jej łaski. Ja parę książek u niej kupiłem, udało mi się.

 

Prostytutki

 

Prostytutek było mnóstwo, cwaniary były. Tak to w dzień to często na bazarze można było je spotkać, a wieczorem to przeważnie w bramach. Tam w podwórkach załatwiali sobie sprawy.

 

Jedną nawet znałem, bo do podstawówki z nią chodziłem. Taka niby niewinna, grzeczna, a potem to wycwaniła się. Z tymże, to były takie modelki, że to tylko po dużym pijaństwie i zasłonięciu twarz, to może by coś z tego było, bo tak, to były strasznie brzydkie. Przerzucały się nawzajem. Pamiętam, była taka sytuacja: jedna drugiej coś tam przygryza, a tu odzywa się trzecia. – Co wy chcecie? Przecież ona starsza kurwa, jak syrenka warszawska! – Jak nie w śmiech cały bazar poszedł…

 

Prostytutki można było rozpoznać od razu, po ich wyglądzie. Może nawet nie zawsze były ubrane w sposób wyuzdany, ale miały to coś, co sprawiało, że wiedziałeś, że to panna lekkich obyczajów. Może tak bardziej kolorowo ubrane, wymalowane, z papierosami. Klient wiedział jak je znaleźć, gdzie ich szukać. One się zwykle w okolicach flaków gromadziły.

 

Ale czasami wystarczyło też, że się tylko odezwały. Nawet jak one zaczęły mówić, po ich mowie można było wyczuć, że to prostytutki. One same zaczepiały. Milicjanta na pewno nie, bo wiedziały, że to jest on. Ludzie znali wszystkie, od razu szedł szum, że: „O, zeksy4 idą!”

 

Broń

 

Oprócz tego co powiedziałem, to broń też można było kupić. W temacie broni mocno nie siedzę, bo życie mi miłe. Do tego dostępu nie miałem. Raz byłem świadkiem, to w latach 50tych było, przekazania towaru z ręki do ręki, to się człowiek zdążył tylko szybko odwróci

 

. Wiedziałem, że nie wolno patrzeć na to, bo tam szybko można było kosę zarobić.

 

 

Wiersz o Bazarze Różyckiego (wyrecytowany przez p. Bocheńskiego gwarą warszawską, nagranie na dyktafonie do udostępnienia, warto przesłuchać)

 

Na Bazarze Różyckiego idzie handel na całego

 

Buty, nowe

 

Ciekawostka

 

Jak ktoś nowy otwierał budkę to mu się drobniakami sypało, żeby mu się szczęściło, a interes dobrze szedł.

 

 

1

 Opryszki, bandziory.

 

2

 Grał.

 

3

 Były trzy bramy, od Brzeskiej jedna, od Ząbkowskiej z boku druga i od Targowej trzecia. Czwarta mniejsza z boczku, od Kępnej.

 

4

 Zeksy – określenie na prostytutki pochodzące z gwary warszawskiej.

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.